literatura · podsumowanie

Autorzy, których jeszcze nie znam.

Mój mały dodatek do planów czytelniczych na rok 2015, a jednocześnie rozszerzenie listy wstydu. Tym razem jednak to nie o tytuły chodzi, a o twórczość konkretnych autorów.

spices

Internet to wspaniała sprawa – nie wiem jak to się dzieje, ale ja często w sieci zataczam koła tematyczne, przez co trafiam na nazwiska autorów niby mi już znanych. I co jakiś czas dokładam sobie jakiegoś „świetnego” pisarza do mojej listy „muszę w końcu przeczytać”.

Najczęściej przypominającymi o sobie autorami są: Aneta Jadowska – ze swoją serią o Dorze Wilk oraz Neil Gaiman – ze swoim wszystkim. O ile Jadowska celuje we mnie swoim cyklem – i tutaj wszystko jest jasne, o tyle już Gaiman nie do końca. Bo jest bardzo pozytywnie komentowany „Ocean na krańcu drogi”, ale są też np. „Amerykańscy bogowie”, którzy mieli pojawić się na srebrnym ekranie (nie wiem jak serialowe plany wyglądają w chwili obecnej). Więc od czego tutaj zacząć?

Jadowska to oczywiście nie jedyny polski autor, z którym mijam się nieustannie. Wystarczy mi spojrzeć na listę grzechów czytelniczych, by od razy wyciągnąć z niej Wiesława Myśliwskiego, którego „Traktat o łuskaniu fasoli” będzie zdecydowanie pierwszym tekstem jaki przetrawię. Dalej pojawiają się gdzieś Olga Tokarczuk i Jacek Dehnel (i przyznaję bez bicia, nawet nie wiem od czego zacząć u obojga, ale jako polonista z zawodu to się czuję zobligowana!). Swojego czasu planowałam poznać literacki Stefana Dardę. A kiedy myślę o tych wszystkich autorach, to wskakuje mi jeszcze do głowy Marek Hłasko, którego ledwie musnęłam na studiach (na koncie przeczytanych widnieje jedynie „Drugie zabicie psa”).

Z literaturą zagraniczną jest nieco trudniej, bo nazwisk jest wiele. Chętnie sięgnęłabym po więcej Amélie Nothomb (czytałam tylko „Z pokora i uniżeniem”), czy też Salmana Rushdie („Czarodziejka z Florencji” była niezwykle magiczna i cudowna). I szukam dodatkowego czasu żeby poznać: Patricka Rothfussa, Dana Simmonsa (szczególnie jego „Pieśń Bogini Kali”), Chitrę Banerjee Divakaruni, Hermana Hessego czy też Philipa Pullmana. I pewnie kilka innych nazwisk, o których chwilowo nie pamiętam.

I jeszcze giganci fantastyki, którzy też klasyfikują się do zbioru pisarzy nieznanych. Wystarczy, że rzucę takimi nazwiskami jak Howard czy Tolkien, i zapewne zostanę zgromiona za to absurdalne niedopatrzenie. Nic bardziej mylnego, bo z panami krzyżowałam już ścieżki. A z Tolkienem to nawet kilka, tylko że „Władca pierścieni” jest nudną książką, i kolejna próba zmierzenia się z tym dziełem napawa mnie dreszczami. Więc tym razem postanowiłam zacząć od czegoś lżejszego – w planach czytelniczych siedzi mi „Hobbit”, a jeśli mi starczy sił – „Silmarillion”. Z kolei Howard kiedyś dawno temu migał mi na pólkach w bibliotece, ale w tamtym okresie połykałam „Sagę o Ludziach Lodu” i spotkanie z Conanem nie wyszło. W styczniu w ramach wyzwania „12 książek” (u mnie nie są one z półki, a z czytnika z zasobów BookRage) zabieram się właśnie za ebook „Conan barbarzyńca”.

I na koniec taki bonus: przeczytać coś więcej Ursuli K. Le Guin oraz Marion Zimmer Bradley.

*Tekst ozdabia zdjęcie promujące film „The Mistress of Spices”, który jest ekranizacją powieści „Mistrzyni przypraw” Chitry Banerjee Divakaruni. W roli głównej Aichwarya Rai Bachchan.

Reklamy

9 thoughts on “Autorzy, których jeszcze nie znam.

  1. He he he, Dehnela też nie znam. Ale poznam. A zacznę od najnowszej powieści, bo raz, ze dostałam do recenzji, a dwa, ze z „Lalą’ się ciągle mijam. Nie jest to jedyny nieznany mi autor z Twojej listy, ale chyba jedny powodujący wyrzuty sumienia.

    A tak w ogóle to chyba Ci ukradne pomysł na wpis. I pewnie zrobię z niego dwa.;) Ale to nieprędko, bo jak tak dalej pójdzie, to na kilkanaście notek styczniowych będzie jedna recenzja.;)

    A w ogóle to co to za pomysł, notki o takiej porze wrzucać, ja tu spać miałam, no.

    1. U mnie jest godzinę wcześniej, a do spania mi daleko ;)

      O, ja bardzo chętnie podobną notkę poczytam, zapewne sprawi to, ze dojdzie mi kilka autorów do listy, ale może jakoś to przetrawię. Korci mnie ten Dehnel, żeby kupić ebooka chociaż, a obiecałam sobie chwilowo przystopować ;)

  2. Też mam Gaimana w planach na ten rok, „Amerykańskich bogów” właśnie. Z kolei do Jadowskiej czuję się zniechęcona, słyszałam niepochopne opinie.

    Za to z tym „Silmarillionem” to sobie próbujesz w stopę strzelić! „Hobbita” jak najbardziej polecam, ale do „S” nawet nie podchodź. Będziesz mi dziękować. ;)

    1. Silmarilliona zgarnął z półki u rodziców mój Połówek, który postanowił sobie tekst odświeżyć. Twierdzi, że to sama mitologia taka – zobaczę czy przetrwam (chociaż to może być wątpliwe, skoro tak twierdzisz).

  3. Ja wyzbyłam się kompleksów odnośnie autorów, których powinnam przeczytać dawno temu. Tolkiena czytałam jedynie „Hobbita” (fajnie się czyta, prosta i dynamiczna historia) i od lat zabieram się za LOTR i pewnie w tym roku spróbuję świadoma tego, że mogę nie przebrnąć.
    Tokarczuk czytałam tylko „Prowadź swój płu przez kości umarłych” i zupełnie mi się nie podobała – zachowania głównej bohaterki doprowadziły mnie do pasji. Pod choinką znalazłam „Księgi Jakubowe” tej autorki i ponoć to zupełnie inna para kaloszy.

    Gaiman to ciekawy autor i nie lubię tylko jego „Księgi cmentarnej”, a tak chyba wszystko poza „Amerykańskimi bogami”, komiksami i powieściami pisanymi z Pratchettem czytałam. „Koralina” nieźle podziałała na psychikę. ;)

    A tak to czytaj to na co masz ochotę, a nie to co uważasz, że musisz.

    1. To nie jest tak, że ja mam jakieś kompleksy – ja tych autorów chcę z własnej woli przeczytać, tylko jakoś się z nimi mijam, bo zawsze znajdę coś nagle innego do czytania. A w przypadku niektórych to czekam na okazję, bo sama nie wiem czy chcę jakieś cegły trzymać w domu gdzie nie mam miejsca (kwestia zakupy na obczyźnie, też wygląda różnie).

      Gaiman jest dla mnie chwilowo zagadką, bo nie wiem czy po polsku, czy po angielsku – wybrałabym to drugie, ale nie wiem jak to wyjdzie na poziomie złożoności języka.

      1. Gdzieś czytałam, że Gaimana lepiej czytać w oryginale, szczególnie „Amerykańskich bogów”, bo ponoć naszpikowany jest cytatami i odniesieniami, które giną w polskim przekładzie.

        Wybacz o posądzenie Cię o kompleksy, ale kiedy widzę tego typu wpisy to najczęściej autor podkreśla swoje uczucie wstydu. ;) Teraz jestem na etapie, że od książek oczekuję uzyskania jakiejś konkretnej wiedzy, więc najlepsze są biografie (teraz mam „Niezłomnego” Hillenbrand) lub książki, które mają zostać sfilmowane. Sama wizja poznania jakiejś wymyślonej historii mnie w tej chwili nie interesuje.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s