blog · podsumowanie

Styczeń/Luty ’16: zaginiona Iwona

Złapałam bardzo okropnego Lenia. Leń przyczepił się do mojego ramienia na dwa miesiące i nie chciał puścić – taki Leń około-urlopowy. I tak właśnie zaginęłam w akcji, a raczej zaginęłam bez akcji – z natury jestem taka zaginiona gdzieś.

Green-Destiny-2

W styczniu zupełnie nie umiałam się za nic zabrać i odliczałam dni do urlopu w Polsce – 10 dni na początku lutego miało mnie pozytywnie naładować energią, ale w efekcie za wiele z tego nie wyszło. Dodatkowo w UK rankami temperatura minusowa (nagle się zimy zachciało) i takie całodniowe wymarzanie w pracy nie sprzyja kreatywnemu życiu (albo życiu w ogóle), więc pomyślałam, że kopnę się w tyłek i wyspowiadam z tego, czego nie robiłam. Może mnie zmotywuje.

Niestety, styczeń i luty to nadal k-dramy. Plus taki, że te dwa miesiące to tylko 13 tytułów i jedna dziwna web-drama z zespołem GOT7 w roli głównej, której zupełnie nie liczę. Jednak na uwagę zasługuje kilka koreańskich seriali, które wrzucę dużym skrótem.

Na szczególną uwagę zasługuje drama Angry Mom (hangul: 앵그리맘; rom.: Aenggeurimam) od stacji MBS. Mam wrażenie, że to najpoważniejsza drama, jaką do tej pory widziałam – oczywiście nie obyła się bez komediowych wstawek (tutaj świetna rola Ko Su Hee). Zastanawiam się, jak bardzo realne są poruszane problemy w tym tytule, bo chwilami porażał. Plot twisty i napięcie – MBC, robisz to dobrze! Angry Mom zasługuje na większy wpis, więc można trzymać za mnie kciuki.

I kilka innych tytułów, tym razem chronologicznie (z moim oglądaniem oczywiście). Postaram się maksymalnie ścisnąć, bo wiem, jak bardzo to niszowy temat.

My Girlfriend is a Gumiho (hangul: 내 여자친구는 구미호; rom.: Nae Yeochineun Gumiho) – supernatural comedy drama ze świetną gra aktorską oraz najbardziej plastikowym facetem jakiego widziałam w koreańskich dramach – No Min Woo. Ja rozumiem, że Korea ma inne spojrzenie na piękno itd. (małe trójkątne twarze etc. etc.), operacje plastyczne są ok, ale Min Woo – really? Do tego stylista postanowił pokazywać jego wymodelowany tors w tych dużych dekoltach (to chyba jest „a thing” w Korei, że faceci pokazują dekolt…).

She was pretty (hangul: 그녀는 예뻤다; rom.: Geunyeoneun Yeppeodda) – zdecydowanie komedia romantyczna, z dużym naciskiem na komedia. I bardzo romantyczna, z pierwszą dziecięcą miłością itd. Myślę, że Hwang Jung Eum poradziła sobie z głową rolą świetnie, partnerujący jej Park Seo Joon już nie tak bardzo. Ale prawdziwym wygranym dla mnie był Choi Si Won – bo to on tworzył niezapomniane duety zarówno z Jung Eum, jak i Seo Joonem. Nie spodziewałam się po k-popowym wokaliście tak dobrej gry aktorskiej (Si Won, albo Siwon, jest członkiem grupy Super Junior), zagrał też w kilku filmach, m.in. z Adrienem Brodym, Johnem Cusackiem i Jackiem Chanem w Wojnie imperiów.

Sassy Go Go (hangul: 발칙하게 고고; rom.: Balchikhage Gogo) – 12-odcinkowa high school drama, dobra na pierwsze spotkanie z koreańskim serialem. Ten świeży tytuł skupia uwagę na młodych aktorach, którzy potrafią grać. Jest Jung Eun Ji (lub też Eunji z grupy APink – ci k-popowi idole się wcisną wszędzie), która wykazała się już w Trot lovers; jest też Ji Soo, któremu kibicuję jako aktorowi – grał jedną z kluczowych ról w Angry Mom i był świetny.

Rooftop prince (hangul: 옥탑방 왕세자; rom.: Oktab Bang Wangseja) – supernatural romantic drama z elementami historical/period drama? Czyli zupełnie nie umiem tego zaklasyfikować. Obawiałam się trochę, ale niepotrzebnie, bo uśmiałam się niesamowicie. Bo kiedy dumny książę przeniesie się 300 lat w przyszłość, żeby przejąć miejsce swojej inkarnacji, to może być ciekawie; do tego śmierć, zdrada, walka o władzę. Park Yoo Chun był świetny, ale moja uwagę przykuł Shoi Woo Sik z jego uroczą i niewinną twarzą chłopca, i zaprowadził do obejrzenia Fool’s love.

Niestety k-dramy mają to do siebie, że zawsze prowadzą do oglądania kolejnego tytułu, a jest ich masa. Nawet Netflix zaczyna doceniać koreańską popkulturę, i udostępnił tu w UK kilka dram (z Japonii też). I tym sposobem, mogę przejść do innych patrzałek minionych miesięcy – czyli wyczekiwany film roku: Sword of Destiny.

Pamiętam ten moment w 2000 roku, kiedy na ekranach kin pojawił się Przyczajony tygrys, ukryty smok i zapoczątkował falę chińskich filmów (o latających Chińczykach) na świecie. Egzotyczna Ziyi Zhang, którą wkroczyła na ścieżkę sławy, cudowne kostiumy i scenografie, niesamowite sceny walki i te jasne intensywne kolory. Czyste piękne i czysty zachwyt. Wiadomość, że Netflix zabiera się za kontynuację filmu, była czymś niezwykłym – czyżby odnowienie zapomnianej fali światowego kina? To oczekiwanie, ta nadzieja na cudowne widowisko, i w efekcie odpowiedź na pytanie: dlaczego nie zachwyca…

Crouching Tiger, Hidden Dragon: Sword of Destiny został zamerykanizowany. What a shame! Nawet kiedy przeglądałam obsadę, byłam zawiedziona: Harry Shum Jr. (który już do końca będzie mi się kojarzył z tańczącą maszyną i śpiewającym chłopcem), Natasha Liu Bordizzo (kiedy na nią patrzę, to widzę w niej latynoskie korzenie, mniej azjatyckie – moje prywatne odczucie) i Jason Scott Lee (który zrobił się szeroki i jego wygląd od razu przywołał mi Hawaje); do tego dziwny wojownik-wiking w filmie, wymachujący toporami…

Żarty rzucane przez bohaterów wydawały mi się takie zachodnie, tak żeby sprzedać się głownie amerykańskiej i europejskiej widowni. Dlatego też język angielski, który dla mnie zabił pewną egzotyczną magię filmu. Drogi Netflixie, my wiemy, że nie dałeś rady! O pewnych mankamentach obrazu można poczytać na stronie tor.com w krótkim artykule An Unfortunate Case of Westernization. Ja się pod tym podpisuję, i pewnie skończy się na weekendowym oglądaniu Wo hu cang long.

Z ciekawych rzeczy, odnośnie Green Destiny (roboczy tytuł filmu) to cudowne chińskie plakaty (mam wrażenie, że w Azji film trafił do kin – Chiny i Hong Kong).

I jeszcze więcej o Netflixie. Jest już nowy sezon Better call Saul, z czego ja i Połówek się cieszymy, bo oglądamy wspólnie. Jest już Fuller House, który miałam ochotę obejrzeć sentymentalnie, ale po złych recenzjach tak bardzo nie chcę tracić na niego czasu – więc jeśli się nie upiję i mnie nie natchnie dziwnie, to raczej odpuszczę sobie tę przyjemność. Tak samo jak również promowany przez Netflix serial Shadowhunters na podstawie City of Bones (i reszty serii?) – jeden odcinek z odliczaniem czasu do końca w zupełności mi wystarczył.

Ale stacja History już od 3 tygodniu raczy nas nowym, czwartym sezonem Vikings – Rollo, ty wariacie! Więc tak, zimowy sezon serialowy zapewnia mi nieco rozrywki w przerwach od maratonów k-dram. Za chwilę wraca też Once Upon a Time – zdjęcia Hadesa jakoś mnie nie zachwyciły, ale czekam, bo to jeden z tych seriali, których oglądanie sprawia mi przyjemność (trochę takie guilty pleasures – ale nie aż tak jak k-drama-land).

Prawie filmowo, czyli marnuję czas oglądając youtube. W czeluściach internetu znalazłam cudowną parę Kanadyjczyków: Simon i Martina Stawki (tak, Simon ma polskich rodziców, nie wiem jak to jest z Martiną), którzy 8 lat mieszkali w Korei Południowej i niedawno przenieśli się do Japonii. Eat Your Kimchi (bo tak nazywa się blog i vlog) stał się moją małą obsesją, ale dlatego, że autorzy świetnie opowiadają – to pewnie dlatego, że z zawodu są nauczycielami kochającymi nauczanie. I to właśnie dzięki nim trafiam w internetach takie utwory jak Lu (niżej oglądacie na własną odpowiedzialność, piosenka po angielsku, więc nie aż tak straszna).

Głównie oglądałam vlogi k-popwe i koreańskie (seria tl;dr jest świetna), ale zdecydowanie muszę nadrobić ich aktualne wrażenia z życia w Japonii, bo jak się okazuje oba kraje są bardzo rożne. a Martina bardzo ciekawie uczy się japońskiego, co dokumentuje na osobnym kanale (na razie tylko jeden odcinek – smuteczek):

Z kolei aby poszerzyć moja wiedzę z k-drama-landu, zaglądam do autorki tego określenia (nie wiem czy autorki, ale u niej to usłyszałam): Hallyu Back.

Ponieważ głownie oglądam k-dramy, to też moja nauka koreańskiego nie idzie tak ekspresowo jak zakładałam. Nie żeby oglądanie nie było pewną forma nauki, ale powinnam poświęcić przynajmniej 2 wieczory w tygodniu na intensywne ślęczenie nad tekstami w hangulu. W ramach nauki o poranku, śledzę kilka instagramowych kont, które wrzucają ładne plansze ze słówkami – dzięki nim, wiem już co znaczy gangnam (oprócz tego, że jest nazwa dzielnicy Seulu). Jestem też w trakcie testowania aplikacji na smartfonie i próbuje opracować własne fiszki do nauki. Nastepny przystanek – ćwiczenie pisania.

Jakby mi było mało wszystkiego co koreańskie, na moim nooku wisi sobie A Little Book of Skin Care autorstwa Charlotte Cho (nagle się zrobiła popularna polska wersja książki, i wszystkie blogerki i vlogerki czytajo…), która chciałam dla relaksu czytać w pracy, ale kantyna bywa zbyt głośna (Ci gadatliwi Polacy…).

Jak widać, wyszło trochę tl;dr, a starłam się maksymalnie streszczać. Moje zaginięcie jest spowodowane niezwykłą fascynacją, której nikt dookoła nie rozumie – please, don’t judge. Wy lubicie Power Rangers, ja lubię wszystko co hallyu? A jak już o PR mowa, to teledysk bonus z okazji podsumowania i miłości do Sailor Moon:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s