blog · podsumowanie

Maj ’16: miesiące mi się zgubiły.

Miałam nie robić podsumowania, bo gubię się od stycznia i nie wypada mi o tym przypominać (głownie sobie). Jednocześnie oglądałam rzeczy, i w zasadzie mam zbiór myśli, który nie nadaje się na żaden sensowny wpis, więc mogę napisać jakiś mniej lub bardziej sensowny esej. Też dla wprawy – bo mój język polski zaczyna być ubogi i mało sensowny.

dramaworld-poster

Z drugiej strony ja lubię podsumowania, bo mam wrażenie, że mogę paplać więcej głupot i mieć moje cudowne słowotoki o niczym i wszystkim. Co w efekcie kończy się na bardzo chaotycznym wpisie, czasami aż za długim (patrz podsumowanie stycznia i lutego). Tym razem za mną aż 3 miesiące do obgadania (i nie wiem jak daleko uda mi się cofnąć pamięcią w tym tekście), ale mam wrażenie, że scaliły się w jeden nieco przydługi bez wyraźnego motywu przewodniego.

Jeden wielki Dramaworld!

i chodzi tutaj o Dramaworld i dramaworld – jakkolwiek dziwnie to brzmi.

Moje tempo pożerania k-dram nieco zwolniło – nie mogę trafić na nic absolutnie mnie wciągającego, a przecież jest w czym wybierać. Viki.com ma sporą bazę dostępnych dla mnie pozycji, mam też masę tegorocznych dram do nadrobienia, do tego Netflix jakby czuł potrzebę świata i wrzucił w tym roku kilkanaście tytułów do swojej kolekcji (nie tylko k-dram), a ja nadal szukam. Czyżby zmęczenie?

Ale zaczynając od początku, bo i seria sponsoruje mój wpis. Viki wypuściło swój pierwszy oryginalny serial – Dramaworld, który ma zaledwie 10 odcinków o długości nie przekraczającej 20 minut, więc można to zjeść w 2 godziny maksymalnie. I chociaż czekałam długo na udostępnienie web-dramy dla darmowych użytkowników, oszukałam nieco, bo serial trafił niedawno na Netflixową platformę i można go sobie już obejrzeć w dwóch źródłach. To taki trochę fenomen, który śmieje się sam z siebie.

Ciekawie o Dramaworld napisała Catus Geekus, a z okazji premiery na Netflixie, internety wyłapały dla mnie też tekst na Bustle. I ja myślę, że więcej nie muszę dodawać. Może jedno: Justin Chon jest świetny! A skoro już o Justinie mówimy, to można go obejrzeć w innym ciekawym projekcie…

BgA (Boys generally Asian) zadebiutowali na k-popowej scenie dzięki uprzejmości Wong Fu Productions. Klip jest parodią koreańskich zespołów i dzieliłam się nim już na FB, ale zawsze można jeszcze raz:

 

Wracając do świata dram, w minionych miesiącach zaliczyłam kilka dobrych tytułów i kilka złych. Oszczędzę ględzenia o wszystkim…

Obejrzałam Modern Farmer i tym sposobem zaliczyłam już wszystkie tytuły z klipu Americans Watch K-Dramas For The First Time. Nawet się uśmiałam i polubiłam głos Lee Hong Ki, który jest wokalistą grupy F.T.Island. Całkiem dobrze oglądało mi się też Fool’s love, gdzie główna rolę grał cudny Choi Woo Sik. Z kolei porażką okazał się IRIS, którego nie jestem w stanie skończyć po 5 odcinkach – strasznie wieje nudą i nawet T.O.P nie ratuje sytuacji. Zmagam się też trochę z Producer, bo odcinki trwają po ok 80 minut i mam dziwne wrażenie, że to za długo.

Zostając jeszcze chwilę w Korei Południowej, dzięki Netflixowi obejrzałam sobie dokument Nine Muses of Star Empire. Program o tym, jak robi się k-popwy gilrsband. Zdawałam sobie sprawę, że czas treningu dla tych wszystkich młodych ludzi jest męczący, ale przeraziło mnie jak te dziewczyny wyglądają. Widać to, co bardzo zgrabnie ukrywają teledyski – dziewczyny są chorobliwie chude (bo przecież kamera dodaje 5 kilo). Relacja „piosenkarki” a firma też jest mocno niezdrowa – na zasadzie „nie macie nic do powiedzenia, bo nie zarabiacie dla wytwórni pieniędzy” itp. A fakt, że trenerzy wokalni stwierdzają ze spokojem, że przecież wszystkie 9 nie mogą dobrze śpiewać, wydaje się mi irracjonalny. Zapewne część rzeczy jest przemilczanych, więc mogę sobie tylko wyobrazić co się tam dzieje jak nikt nie patrzy.

Jak znajduję czas na inne patrzydła?

kung-fury-poster-laser-time

Jak widać na załączonym obrazku, nadrobiłam małą superprodukcję zeszłego roku – dzięki Netflixowi obejrzałam Kung Fury i uśmiechałam się przez cały czas. Uwielbiam takie niezależne produkcje, bo wypadają niesamowicie profesjonalnie. Cóż, Kung Fury był świetnie prześmiewczy, cudownie retro i idealny na raz.

Ostatnie 3 miesiące jednak były serialowymi; nie przypominam sobie więcej oglądanych filmów prócz City of God (nawiasem mówiąc bardzo dobry film). Skończył się Better call Saul i czemu tak szybko? Teraz pozostało czekać na kolejny sezon w przyszłym roku. Oczywiście obejrzałam pierwsze 10 odcinków nowego sezonu Vikings – ktoś wie kiedy reszta się pojawi na horyzoncie? Ten cliffhanger! Ale to tylko podkreśla jak dobry to serial. Porzuciłam Once Upon a Time, ale za to jest Gra o tron, i dzielnie z Połówkiem oglądamy Suits (gdy on nie gra w Overatch).

Przyznam się też, że mimo zachwytu pierwszym sezonem Daredevila, nie obejrzałam jeszcze drugiego. Bo trochę się zawiodłam Jessicą Jones i nie potrafię się zabrać. Podobnie mam z Unbreakable Kimmy Schmidt – 2 sezon cały czas czeka, a przecież to było rok temu tak cudnie zabawne. Moja lista na Netflixie cały czas się powiększa, powinnam zacząć oglądać te wszystkie filmy, zanim znikną z platformy (już tak mi się z kilkoma stało niestety). Jednak trudno jest mi w tygodniu wyrwać aż tyle czasu, a jak już mam, to nie umiem się na nic zdecydować i kończy się to oglądaniem Real Man albo Runnig Man

Plany filmowe: wszystkie części IP Mana, Grandmaster z nadzieją na artystyczne sceny walki, Gulaab Gang, bo chciałam też swojego czasu poczytać o Gangu Różowego Sari, Gangnam Blues – ponoć Lee Min Ho nauczył się grać, Footloose z 2011 roku, Everything before us od Wong Fu Productions, Sympathy for Mr. Vengeance oraz Sympathy for Lady Vengeance Park Chan Wooka oraz jego Stokera z Hollywood, i trzy filmy z Jeon Ji Hyun: Assassination z 2015, Snow Flower and the Secret Fan z 2011 oraz My Sassy Girl z 2001.

Wracając na chwilę do Park Chan Wooka, w Cannes wyświetlali jego najnowszy film Handmaiden i muszę przyznać, że trailer robi wrażenie (film też na listę do obejrzenia w kiedyś kiedyś…):

Czytelniczy plan minimum na czerwiec.

I trochę też spowiedź pod tytułem: nie przeczytałam nic przez 5 miesięcy. Zmieniam się w leniwą bułę opanowaną przez koreańską pop-kulturę (i nawet czasami rymuję…).

Niestety, nie przeczytałam nic. Zaczęłam na koniec roku kilka tytułów – Amerykańscy bogowie, kolejny tom Sagi księżycowej i pewnie coś jeszcze, o czym zupełnie nie pamiętam – nic jednak nie udało mi się skończyć, bo jestem bardzo rozproszona. Dzielnie zaczęłam czytać Little book od skincare, jeszcze zanim stała się super popularna w wersji polskiej – miałam mieć taka miłą odskocznię w pracy, ale kantyna była tak głośna, że porzuciłam tytuł. Na urlopie kupiłam za całe 3 zł Zaproszenie na kimchi, bo musiałam mieć coś do czytania w pociągu – dałam radę połowę (a całość ma zaledwie 96 stron), bo czułam momentami, że autorka trochę nie wie co pisze (ani jak pisze). Obie książki to w pewien sposób poszerzenie mojego azjatyckiego zainteresowania, więc plan jest taki, żeby obie pozycje skończyć w czerwcu i napisać o nich kilka słów prawdy – planuję łączony wpis dla obu książek.

 Chciałabym też zabrać się za te wszystkie inne rzeczy, które mam na półce lub w plikach – bo kupiłam też nie tak dawno pyrkonowy pakiet od BookRage.

Reklamy

One thought on “Maj ’16: miesiące mi się zgubiły.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s