blog · literatura

Camp – mała wielka porażka

Jeszcze w marcu chwaliłam się, jak to dzielnie będę pisała tegoroczny Camp NaNoWriMo April edition i klops. Ale to nie tak, że siedziałam i nic nie robiłam cały kwiecień, bo na koncie trochę „sukcesów” i dużo stukania w klawiaturę, mimo wszystko. Przy okazji blog się nieco wzbogacił o prozę własną.

Szukając czasu między pracą, sapaniem i oglądaniem dram, zaczęłam pisać nawet tego mojego Campa. Wydrukowałam wersję 1.0 Dziwki Portowej z zamiarem napisania jej zupełnie na nowo, bo ta fabuła była taka nijaka, a szkoda mi było marnować postaci i miejscówki tego tekstu. Napisałam jakieś 400 słów, po czym pewna szalona fanka dram (pozdrowienia dla RillRill i spółki) namówiła mnie na coś zupełnie innego – bawię się teraz w tłumacza. Ale o tym za chwilę, bo miało być o pisaniu.

W ramach Campa, którego skończyłam z wynikiem 761 słów z zaplanowanych 10k… Bo w ramach akcji napisałam małego instanta na cykliczny konkurs Literki. Tekst o wdzięcznym tytule Utopienie Marzenny można czytać na blogu w nowym specjalnym dziale (teksty -> instantowe pisanie). Nie mogę tego nazwać opowiadaniem, ciężko to nazwać czymkolwiek, bo nie ma nawet dialogu. Taki obrazek literacki? Moja wiedza nie pozwala mi na nazywanie prób prozatorskich w jakimś ścisłym sensie terminologicznym. Może to i dobrze.

W tym miejscu wyrażam moją nadzieję, że instanty będę się pojawiać częściej na forum, a ja częściej je będę pisała (i może nieco dłuższe i bardziej rozbudowane).

I bonus tematyczny: główny powód, dla którego nie psiałam (pomijam oglądnie dram oczywiście). Postanowiłam zostać domorosłym tłumaczem. Namówiona mnie na przekładanie napisów do dram właśnie, z angielskiego na polski. Bo przecież angielskim posługuję się na co dzień, w myśl zasady: Jeśli wlazłeś między wrony musisz krakać jak i ony. Pochłaniam kulturę głównie w języku Amerykanów (ciągle mi powtarzają: you speak American, not English). Idzie mi całkiem nieźle, bo przecież dodatkowo jestem polonistką (a miałam się nie przyznawać). Ale mam też bardzo zabawne sytuacje przy tych tłumaczeniach, kiedy trafiam na zdanie z cyklu oczywista oczywistość i głowię się jak to przełożyć na polski.

Fun fact #33: Here in England, I speak American and Ponglish. Most of the time.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s