inspiracje · komentarz · pisanie

Jak nie zostałam dziennikarzem.

Będzie to niezwykłą bajka o tym, jak po pięciu latach przerwy nie umiem w dziennikarstwo. Będę się nieco wynurzać i spowiadać z bycia Miss Lazy Bun, bo doświadczyłam niezwykłego olśnienia przy tworzeniu czegoś, co nie jest pisane na bloga. I zdecydowanie nie pamiętam jak to się robi.

Pewnego dnia uznałam, że się marnuję. Ja, i mój pisarski zew natury. Uznałam tak kolejny już raz w życiu, więc jest chyba w tym chociaż trochę prawdy.

Pamiętam te czasy, kiedy pisałam dla nieistniejącego już portalu Unreal Fanatsy i byłam zafascynowana jak moje myśli zmieniają się w słowa i ludzie później te słowa czytają. I bardzo długo chciałam to robić, stąd też późniejsza długa przygoda z blogiem BookHunters i nieco krótsza z reaktywowanym BookHunters 2.0 – ale dosyć tego przydługiego wstępu.

Internet daje sporo możliwości, i kiedy obudził się we mnie zew dziennikarstwa, pierwotna siła każąca mi wymyślać ciekawe rzeczy, których boję się pisać na tym dziwnym blogu, to… postanowiłam dać sobie nową szansę. I zabrałam się za nią od zupełnie złej strony.

Jest to taka mała opowieść, jak nie pisać artykułu. Jestem trochę szalona w moich twórczych zapałach – chwytam pomysły i dusze je długo zanim cokolwiek z nich wycisnę, i bywa, że nie ma już za wiele tych soków.

Fakt #1: nie umiem planować.

Do tego stopnia, że piszę głownie nocami w weekendy, kiedy nie muszę zawracać sobie głowy takimi rzeczami jak wstawanie rano do pracy kolejnego dnia. Ale gdybym dobrze rozplanowała mój wolny czas, to zapewne i blog obfitowałby w więcej ciekawych treści.

W parze z moim nie-planowaniem idzie też pisanie na gwałt, niczym natchniony weną Słowacki, bez żadnego pomysłu. Artykuł, za który się zabrałam, w ramach odnajdywania mojego wewnętrznego dziennikarza, pisałam bez planu. Dopiero po wypieszczeniu przydługiego wstępu skusiłam się na luźne wypunktowanie tego, co mniej więcej chce przekazać w moim dziele dla przyszłych pokoleń. Ale było to takie luźne planowanie, że mogłabym się bez niego obejść, bo i tak w efekcie niczego się nie trzymałam.

Jestem Iwona, i nie umiem pisać planów swoich rzeczy do pisania. I to chyba jest mój największy problem w procesie twórczym (wszystkiego, co piszę). Moja jedna wielka improwizacja przyczyniła się do nieskładnego tekstu, ale o tym nieco niżej.

Fakt #2: walka o słowa jest męcząca.

Moja składnia upadła jakiś czas temu. Oficjalnie winę ponosi wyjazd do UK, który skutecznie oderwał mnie od sensownego używania języka polskiego na kilka lat. I chociaż zmuszam się do pisania bloga w ramach terapii, to bywa z tym różnie. Gubię słowa, rzucam literówkami i łapię się na strasznie głupich błędach ortograficznych.

Ale blog to nie jest tak do końca profesjonalne pisanie, bo zawsze mogę sobie pozwolić na rzucenie jakimś dziwnym słowem, a mój styl bywa naznaczony szaleństwem. Miewam słowotoki bez większego sensu, bo lanie wody nie jest niczym strasznym. Pisząc mój pierwszy artykuł od dawna, bardzo starałam się, żeby nie brzmiał jak moja podwórkowo-blogowa paplanina, w której jestem nadzwyczaj dobra. Walczyłam ze sobą przy każdym zdaniu, każdym słowie, bo już zwyczajnie nie pamiętam, co mi wypada, a co nie.

W tym miejscu powinnam podziękować mojej wspaniałej Ag., która mnie niezwykle dopingowała i czytała moje wypociny wyłapując te wszystkie przypadkowe literówki. Powinnam też ją przeprosić za ten fakt, bo niektórych fragmentów to się nawet czytać nie dało.

Zmieniałam styl dwa razy, bo nie czułam się zbyt mądra, żeby mądrze pisać. Świadomość, że jednak piszę coś do magazynu, zmuszała mnie bardzo do uważania na konstrukcje i użyte słowa. Czułam wewnętrzną presję i językową przepaść, której nie potrafiłam przeskoczyć. Nadal to czuję i boję się zajrzeć do mojego rozgrzebanego artykułu, żeby go poprawić i przygotować na lepszy czas.

Fakt #3: wielka improwizacja.

Improwizuję dużo i bardzo. Takie teksty jak ten dziś na bloga piszę tygodniami, sprawdzam i poprawiam, bo chcę, żeby miał górę i dół na swoich miejscach. Deadline artykułu sprawił, że szalałam! A termin sama musiałam sobie skrócić, bo mi się nałożył urlop w Polsce, co wcale nie pomogło.

W mojej wielkiej improwizacji popełniłam masę błędów. O tym, że nie miałam planu, to już mówiłam, ale inaczej artykuł nie byłby improwizacją. Nie sprecyzowałam sobie tematu i materiału źródłowego – miałam pole do stworzenia jeszcze większej improwizacji. Zapomniałam o sensie – akapity pojawiały się jak chciały, a watki i motywy hasały sobie po stronach. Miałam fakty wzięte z powietrza – zabrakło jednej lub dwóch pozycji, które mogłyby poprzeć moje przypuszczenia lub je obalić, więc nie postarałam się z riserczem. Nastało zwątpienie – miałam takie momenty, że nie byłam pewna, czy ten temat się w ogóle na coś nadaje, a moje sklejone słowa mają jakiś poziom…

Morał

Nauczyłam się, że rzeczowego tekstu nie mogę pisać na gwałt, niczym Harry Potter biegnący ratować Syriusza. I nie mogę robić bałaganu w akapitach, bo potem sama się gubię co ja chciałam i co już mam. Powroty do pisania są strasznie wyczerpujące. Tak samo czuje się, jak zapuszczę bloga na dłużej, tak samo czuję się, gdy mnie nagle Wen Prozatorski pacnie w czoło z pomysłem.

Smutek mnie ogarnia, bo kiedyś byłam dziennikarzem/miałam być dziennikarzem (niepotrzebne skreślić).

Moje niepowiedzenie wcale nie oznacza, że artykuł ów porzuciłam. Przyznaję się, że nie mam na niego czasu teraz, bo tyle się dzieje. Napisze go dla własnej satysfakcji, i wypoleruję pięknie, a potem go gdzieś wyślę w świat, żeby pokolenia mogły czytać i wychwalać przenikliwość mojego umysłu. Takie małe marzenia.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s