J. M. McDermott – Dzieci demonów

J. M. McDermott „Dzieci demonów”

W dzisiejszych czasach czytelnik zasypywany jest nowościami wydawniczymi, w których może wybierać ulubionych twórców lub autorów zupełnie nieznanych. Do tych drugich pisarzy należy J. M. McDermott, którego prozę opublikowano w Polsce po raz pierwszy. Wybór wydawcy padł na trylogię „Psia ziemia”, której pierwsza część jest przedmiotem niniejszej recenzji.

demonow„Dzieci demonów”, bo taki tytuł nosi powieść McDermotta, to kolejne dziecko mariażu Prószyńskiego i Nowej Fantastyki — dziecko dość niepozorne objętościowo i oszczędne w słowach. Zacznę jednak od początku.

Mój mąż i ja…

W „Dzieciach demonów” trudno jest wyłuskać postać prowadzącą. Dochodzi się do wniosku, że nie ma takiej lub wszystkie są ważne. Historia rozpoczyna się oczami kobiety należącej do Wędrowców Erin Błogosławionej, która nie ma imienia. Ona i jej mąż, również Wędrowiec, oczyszczają ziemię ze skazy — staje się to powodem do snucia historii, o ile można tak nazwać jej „opowieść”.

Dzięki kobiecie poznajemy życie kilku innych bohaterów, między innymi tytułowych dzieci demonów — spadkobierców skażonej przez Elishtę krwi. Postacie są zwyczajne, większość ich problemów to przyziemne próby przeżycia w trudnych warunkach.

Co do samej fabuły, nie można o niej powiedzieć zbyt wiele — tło historii jest bardzo skąpe. Scenerią powieści jest miasto — nic konkretnego czy charakterystycznego; nie ma nazwy, barwnego opisu czy skrupulatnej charakterystyki miejsca. Zdarzenia mogą dziać się wszędzie i nigdzie. Sama fabuła składa się z poszczególnych scen, niekoniecznie następujących po sobie chronologicznie, ale nie umniejsza to uroku historii. Wręcz odwrotnie — dodaje jej smaku i barwności.

To półdemony, przeklęta krew. Wszystko, czego dotkną, zostaje skażone.

„Dzieci demonów” to niepozorna książeczka: trochę ponad dwieście pięćdziesiąt stron, prosty język bez barwnych uniesień, jednak z lekką nutą poetyzmu i melancholii. Początek, przez swoją inność, wydał mi się dziwny. Ale jak to mówią: im dalej w las, tym więcej drzew… — zdecydowanie im bardziej zagłębiałam się w historię, tym bardziej chciałam ją poznawać.

Po prawdzie w tekście McDermotta nie ma nic zaskakującego, nie ma dreszczu emocji, nie ma silnych przeżyć i zadziwiających zdarzeń. Na kartach powieści przelewa się dziwny spokój, trochę jak powolnie umierająca roślinka. Opisy bywają suche i precyzyjne, przez co nie potrafię się zgodzić z mianem „pełnokrwistego fantasy”, które przykleił wydawca „Dzieciom demonów”. A jednak pewna „umieralność” wyczuwalna w tekście sprawia, że etykietka „mrocznego” pasuje do niego idealnie. Autorowi, jak i tłumaczowi, udało się uchwycić klimat jałowej pustyni, który dopełnia proste zdania i skąpe opisy.

Gdzie zaczyna się miasto? Gdzie się kończy?

Jako pierwsza część trylogii, „Dzieci demonów” rozpoczynają gonitwę Wędrowców Erin i Bezimiennych Elishty. Nie da się jednak przewidzieć, jaki kierunek obierze kolejny tom. W zasadzie powieść McDermotta mogłaby istnieć samodzielnie, jako tekst z niedomkniętym zakończeniem i miejscem pozostawionym na rozmyślania czytelnika.

Z racji swojej objętości, jest to książka na jeden, może dwa wieczory. Pozycja zdecydowanie godna uwagi, ze względu na swój odmienny, egzystencjalny charakter.

Dzieci demonów (Never knew Another)
J. M. McDermott
Cykl: Psia ziemia
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Wydanie: I
ISBN: 978-83-7839-027-5

Tekst opublikowano 18 stycznia 2012 roku na stronie Unreal Fantasy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s