filmy i seriale, inne

Sentymentalne obsesje azjatyckie: Korea — dramy i k-pop

To nie będzie aż tak bardzo sentymentalny wpis, bo moja obsesja nie zdążyła się zestarzeć i stworzyć wokół siebie pewnej nostalgicznej otoczki. Z drugiej strony, moja maniakalna potrzeba pochłaniania kolejnych tytułów mocno w tym roku przygasła i mam wrażenie, że niedługo będę mogła o niej mówić w czasie przeszłym. Bo tak, mam pewien mały i chwilowy dramowstręt — zdarza się i trzeba zwyczajnie przeczekać.

Ten wpis to 3 części cyklu, w którym pokazuję co mnie ukształtowało na przestrzeni lat. Wcześniej opowiadałam już o mandze i anime oraz o Bollywood. Takie tam ciekawostki z życia Iwony. Ale żeby już za bardzo nie przedłużać, to przechodzę do mojej ostatniej obsesji — dziś opowiem nieco o tym, co koreańskie.

Czytaj dalej

Reklamy
Zwykły wpis
filmy i seriale, inne

Sentymentalne obsesje azjatyckie: Bollywood — roztańczone Indie

Z pisaniem cykli mam taki problem, że jak w pierwszej części stworzę jakiś kolosalny wstęp do tekstu, to w kolejnej brakuje mi słów by zacząć ciekawie i z przytupem. No więc zaczynam opowieścią o tym niemiłym fakcie. Jednocześnie ta część moich azjatyckich wspomnień będzie na pewno krótsza, bo i mieści się w mniejszych ramach czasowych.

I wypadałoby zacząć od samego początku: jak to się stało, że zetknęłam się z Bollywood? Wydaje mi się, że to był rok 2006 (pamięć może mnie zawodzić i mogłam się pomylić o jeden rok w którąś stranę), 14 luty, mój tato z porannego wyjścia po świeże pieczywo przyniósł również świeżą gazetę — „Nowy Dzień”. I wydaje mi się, że kupił ją właśnie dlatego, że do gazety dołączony był film na płycie DVD  Czasem słońce, czasem deszcz. Taka tam płytka w kartoniku, najtańsze opakowanie pod słońcem.

Czytaj dalej

Zwykły wpis
filmy i seriale, inne

Sentymentalne obsesje azjatyckie: Japonia — manga i anime

Tytuł tego tekstu przeraża, a może jednak zastanawia? Będzie nieco tl;dr, ale zanim przejdę do wpisu, to się też nieco wytłumaczę. Czasami prowadzę bardzo dziwne rozmowy internetowe, w których padają pewne pomysły i z nich rodzą się dziwne teksty. Pod koniec września rozmawiałam sobie z Ag o popkulturze, gotowaniu obiadu i moich dziwnych wyborach muzycznych. Ja się pochwaliłam tym, że oglądam Sacred Games, i że Saif Ali Khan wygląda zupełnie inaczej, jakoś grubiej, niż jak go pamiętam z tych wszystkich Bollywoodzkich produkcji. Na co Ag zadała mi pytanie: Jak to sie stało, że się przerzuciłaś z Bollywood na dramy?

I w zasadzie nie ma na to sensownej odpowiedzi, bo tak się po prostu stało. Ale i tak zarzuciłam ją słowotokiem, o tym, jak to moja fascynacja kulturą/popkulturą azjatycką sięga daleko w czasie i w różne rejony południowo-wschodniej Azji. Opowiadając o moim dziwnym pociągu do egzotycznego, rzuciłam nieco mniej poważnym pytaniem: Mam napisać o tym notkę? Dostałam bardzo budująca odpowiedź: Cały cykl!

No i jestem właśnie w tym miejscu, gdzie będę opowiadać o moich fascynacjach i ciekawostkach z nim związanych. Planuję w tym cyklu 3 teksty, w których zapuszczę się w sentymentalna podróż po filmach i serialach, które stworzyły mnie taką, jaką jestem — dziwną.

Czytaj dalej

Zwykły wpis
filmy i seriale

„STRIKE FIRST, STRIKE HARD, NO MERCY”

To będzie wpis niedługi i nieco nostalgiczny. Czuję się dzieckiem lat osiemdziesiątych, bo znam sporo amerykańskiego kina familijnego tamtych lat. Wielbię Back to the Future, znam klasycznego Teen Wolfa i zderzyłam się kilka razy z naukami pana Miyagi. Tak, mówię tu o oryginalnym filmie The Karate Kid z 1984 roku, który oparto na motywie „od zera do bohatera” zanim to było modne.

Daniel LaRusso był bohaterem aż 3 filmów z cyklu, ale to Miyagi sensei pojawił się jeszcze w czwartej odsłonie, gdzie uczył młodziutką Hilary Swank. Dostaliśmy też bardzo zły remake filmu z Jackiem Chanem i Jadenem Smithem, który jest bardzo wielką pomyłką. Na całe szczęście Cobra Kai wraca do motywów znanych nam z pierwszego filmu, co jest cudnie nostalgiczne.

Cobra Kai, to serial, który wpisuję się w pewną mode na reaktywowania starych filmów i seriali. I tak, opowiada on historię dalszych losów Daniela i jego pierwszego wroga Johnny’ego, ale też znacznie więcej. Bo mamy nowych bohaterów, nowe czasy i nowa narrację.

Czytaj dalej

Zwykły wpis
filmy i seriale

Anne with an „E” — sezon 2

Tworząc Anne with an „E” Netflix postawił sobie wysoką poprzeczkę – robi to często. Widzowie, w tym też ja, zafascynowani nową odsłoną przygód Ani, długo czekali na kolejny sezon, by znów się zakochać i zachwycać. Czy platformie się to udało?

Animacje z czołówki są takie poetyckie.

Netflix kazał mi czekać ponad rok na nowy sezon, na kolejne przygody Ani, na jej zielone włosy, na więcej spięć między nią a Gilbertem. Pierwszy sezon był dla mnie odkryciem i nową miłością do przygód rudowłosej marzycielki. Dlatego kiedy pojawiła się pierwsza zapowiedź i data premiery, to spodziewałam się takiego wielkiego „oomph!”. I czuję się nieco rozczarowana.

Czytaj dalej

Zwykły wpis
filmy i seriale

Anne with an „E”

Z serialami Netflixu mam ten problem, że ufam im i jednocześnie czuję przed nimi obawę — szczególnie gdy próbują opowiedzieć nam pewne historie na nowo. Ania z Zielonego Wzgórza kojarzyła mi się wyłącznie z niesamowitą Megan Follows i nie potrafiłam sobie wyobrazić w tej roli kogoś innego. Jak bardzo się myliłam.

Jestem zwyczajnie zachwycona! Nie spodziewałam się zupełnie, że historia Ani opowiedziana na nowo aż tak mnie wciągnie i zmusi do nieprzespania połowy nocy. I podoba mi się to, że scenarzyści nie trzymają się sztywno powieściowego pierwowzoru (chociaż niewiele już z niego pamiętam).

W Anne with an „E” historia nie skupia się wyłącznie na samej Ani, co jest niezwykłym plusem. W zasadzie fakt, że serial nie trzyma się sztywno książki jest niezwykle efektownym zabiegiem, bo dzięki temu dostajemy kilka niezwykłych postaci czy momentów. Świat rudowłosej sieroty staje się jeszcze bardziej kolorowy (tak przewrotnie, bo serial wrzucił szaty ckliwego romantyzmu), i nabiera pewnej trójwymiarowości, bo Ania funkcjonuje w świecie i obok innych ludzi.

Gif złapany z przecudnej czołówki serialu.

Amybeth McNulty jest cudowna, absolutnie cudowna. Jej Ania jest pełna emocji, natchnionego romantyzmu, ale jednocześnie niesamowicie zdeterminowana i racjonalna. Już po pierwszym odcinku cofałam moje przekonanie, że nikt nie zagra małej rudowłosej dziewczyny z marzeniami lepiej, niż wspomniana Follows. Dzięki Netflixowi, Ania przestała być sierotką z bujną wyobraźnią – stała się dzieckiem po przejściach, które ucieka w świat fantazji, bo tylko tam czuje się bezpiecznie. Ja myślę, że to jest bardzo ważny przekaz, o który Lucy Maud Montgomery nie postarała się w swojej powieści, bo zapewne do głowy by jej nie przyszło. Ania nadal ma tendencję do odpływania w nieznane rejony umysłu, zupełnie niedostępne zwykłemu człowiekowi. Ale traci również kontakt z rzeczywistością, gdy coś budzi jej niemiłe wspomnienia z sierocińca lub domu pani Hammond (tej która miała 3 pary bliźniaków) – jedenastoletnia dziewczynka ma traumę z przeszłości i niezabliźnione rany, którymi trzeba się zająć.

W tym momencie do akcji wkracza Maryla, czyli największa wygrana w serialu. To własnie ona (z niewielką pomocą) uświadamia sobie, jak wielką krzywdę wyrządzono dziecku. Bo przecież Ania jest nadal dzieckiem, które już nieco swojej młodości utraciło. Ten moment, kiedy Maryla broni swojej podopiecznej z tak wielką pasją jest niesamowity.

A wszystko to zasługa Geraldine James. Anne with an „E” dało nam Marylę, która przestaje być tylko surową starą panną – na ekranie widzimy kobietę z krwi i kości, a nie tylko matczyną figurę w życiu jednej niewinnej sierotki. Twórcy pokazali nam co Maryla myśli, dlaczego tak myśli, i jakie jej myślenie daje skutki. Jednocześnie jest to postać tragiczna, pełna wyrzeczeń i wyrzutów sumienia, która na swój konserwatywny sposób rozumie tragedię Ani.

Mateusz też dostał swoje od życia, i scenarzyści dopisali mu historię oraz mocniejszą rolę w małym, prawie idealnym, świecie Zielonego Wzgórza. Na marginesie, R.H Thomson nie pierwszy raz znalazł się na Wyspie Księcia Edwarda, bo w latach dziewięćdziesiątych grał w serialu Droga do Avonlea. Ja się z kolei cieszę, że każde z „rodziców” Ani dostało swój własny życiorys, którym mogą się z nami podzielić.

I nie mogę zapomnieć o Gilbercie! Lucas Jade Zumann jest świetnym Gilbertem, który tradycyjnie dostaje po twarzy tabliczką. Mam wrażenie, że jego linia fabularna została bardzo zmieniona, jednak nie chcę nic zdradzać, bo uważam, że ten serial trzeba obejrzeć. Ale dodam, że podoba mi się bardzo taki Gilbert, który musiał wydorośleć dużo wcześniej. Ciekawie kontrastuje z Anią i jest między młodymi aktorami jakaś nić porozumienia, która pomaga im dobrze razem wyglądać na ekranie.

Fakt, że serial powstał ok 100 lat po napisaniu powieści, i ok. 30 lat po najsławniejszej ekranizacji, jest niezwykłym błogosławieństwem. Bo inaczej nigdy nie zobaczyłabym tej niezwykłej histerii, która towarzyszyła Ani podczas stawania się kobietą (tak, Ania krwawi po raz pierwszy na oczach widzów). I pewnie nikt by nam też nie pokazał jak pijane Ania z Dianą paradują w gorsetach Maryli (tak, w tej wersji Ania też upija się winem na herbatce, a Diana nie wymiotuje po łapczywie wychylonych 3 szklankach trunku).

Wcale mi nie przeszkadzają te wszystkie zmiany wprowadzone przez scenarzystów. Bo w zasadzie, to kolejna dokładna kopia książki zupełnie by się dziś nie sprzedała – my w XXI wieku kochamy brudne Taboo i brutalną Grę o tron. Grzeczna i romantyczna Ania byłaby wręcz nie na miejscu. Ale zabrakło mi jednej sceny – zielonych włosów. Oczywiście w zamian było więcej scen i więcej emocji i więcej sensownych (i mniej sensownych) interakcji między bohaterami. Nawet się raz czy dwa wzruszyłam (a to już jest coś!).

Najbardziej jednak boli mnie zakończenie. Które oczywiście zwiastuje nam kolejne sezony! Jednak nadal czuję tak wielki niedosyt po tych 7-8 odcinkach, które łącznie trwały może 6 godzin. Za mało Netflixie, za mało! Mam nadzieję, że sezon 2 jest już w jakiejkolwiek fazie produkcji, i nikt mi nie każe czekać aż roku na kolejnych 8 odcinków. Chociaż z drugiej strony nawet się ciesze, bo Ania będzie dorastała razem z grająca ją Amybeth McNulty, więc jej romans z Gilbertem też będzie mógł dorastać.

Przy okazji premiery serialu, pojawiła się pewna kontrowersja związana z plakatami promującymi Anne with an „E”. Amerykanie uznali, że Amybeth McNulty nie jest wystarczająco piękna, żeby obronić produkcję, i postanowili dodać jej blasku efektowną foto-manipulacją… Dzielę się tą straszną rzeczą, bo efekt moim zdaniem jest odwrotny. Zniknęły piegi i młodzieńcze fałdki pod powiekami (tak, ten wałeczek odmładza twarz), a twarz pełna charakteru nagle stała się cieniem zlewającym się z rozświetlonym tłem.

Ulepszona Ania jest brzydka, i przez przypadek wydoroślała o co najmniej pięć lat. Zastanawiam się, kto wpadł na tak genialny, i zupełnie nieprzemyślany, pomysł? Ameryko, robisz to źle.

Żeby jednak nie kończyć takim niemiłym akcentem, to rzucam na zachętę oficjalna zapowiedź serialu. I mam nadzieję, że wszyscy Ci, którzy się skusili, lub skuszą w przyszłości, na Anne with an „E” tak samo pokochają nową Anię z Zielonego Wzgórza.

Zwykły wpis
filmy i seriale

SOFa #4: Wołyń

W wielkanocny weekend obejrzałam Wołyń w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego i chyba nadal go przetrawiam. Na SOFę trafił pierwszy poważny film i może być tutaj nieco krwawo. To takie małe ostrzeżenie, bo spoilery też będą.

Mam wrażenie, że Polacy są dobrzy w robieniu konkretnego rodzaju filmów – takich historyczno-wojenno-cierpiętniczych. I wcale nie uważam tego, za coś złego – ot fakty. Czasami jeszcze wychodzi nam coś sensacyjnego, ale wszystko inne to jakoś tak nie bardzo. Nawet z lekturami szkolnymi (te klasyki polskiej literatury!) jakoś nie zawsze są na poziomie, ale ja nie o tym miałam.

Wołyń to film krwawy i przerażający. Zdaje się, że miał różne recenzje – przyznaje się, nie czytałam, ale faktem jest, że zdobył kilka nagród i słusznie. Po seansie rozmawiałam chwilę z moim Połówkiem na temat filmu i on uznał, że bardzo trafnie skomentowałam całość: jak można mieć w sobie tyle nienawiści i uprzedzeń, żeby zabić drugiego człowieka tylko dlatego, że urodził się po innej stronie rzeki? Ja jestem tolerancyjna i mój umysł nie ogarnia, zwyczajnie nie rozumiem.

To nie by film łatwy w odbiorze, głównie przez realizm i bardzo duża ilość brutalnych scen tortur. A zaczyna się sielankowo, małżeństwem między Polką a Ukraińcem. Czyli przymierzem miedzy narodami zawartym w bardzo prosty sposób. Bo Wołyń rzuca nam też trochę symbolicznych scen. Jednym z ciekawszych zabiegów jest pewna klamra: jednym z pokazanych zwyczajów weselnych jest obcinanie panieńskiego warkocza – Hela kładzie głowę na progu jak do ścięcia, ale ofiarą siekiery padają jedynie jej włosy. Na koniec filmu, kobieta znów kładzie głowę na tym samym progu – tym razem ją traci. I chyba najstraszniejsze w tej scenie jest to, że egzekucji dokonuje jej rodak, bo poszła za Ukraińca, więc jest zdrajcą krwi.

Słyszałam zarzut, że film jest pokazany z polskiej perspektywy, co mi w jakiś sposób sugeruje, że to Polacy są ofiarami. Myślę, że szukanie winnego jest najmniejszym problemem w całej tej tragedii. Ale ja nie chcę się mieszać politycznie. Ja myślę, że uważny widz wyłapie w Wołyniu problem Żydów, nadrzędność Niemców czy Rosjan, mieszanie się religii w życie społeczne i wile innych drobnych szczegółów, które wpływają na światopogląd i przekonanie jednostki (te jednostki tworzą przerażający tłum).

Ścięcie Heli pokazuje jak pałający zemstą Polak okazał się bardziej gorliwy od Ukraińca. Ale z drugiej strony wymyśle tortury, które twórcy nam pokazali – brak słów. Obdzieranie żywcem ze skóry, skalpowanie, obcinanie rąk, wkładanie dłoni do wrzątku, rozrywanie końmi, palenie żywcem… Jedna z mocniejszych scen, to podpalenie chłopca, którego najpierw oprawcy owinęli w siano robiąc z niego taki chodzący snopek. Nie pamiętam kiedy ostatni raz film tak mną wstrząsnął – kiedy już nie mogłam patrzeć, to zakrywałam głowę kocem.

Film warty obejrzenia, zdecydowanie. Ale trzeba być przygotowanym na mocne wrażenia.

Zwykły wpis
filmy i seriale

SOFa #3: Multitool Man

Jeśli ktoś był fanem takich tytułów jak Memento (2000), The Butterfly Effect (2004), a nawet Eternal Sunshine of the Spotless Mind (2004), to ten film jest zdecydowanie dla niego. Kilka słów o moich wrażeniach po Swiss Army Man.

swiss1

Film ciągnie dwóch aktorów: Daniel Radcliffe i Paul Dano. Fabuła jest banalna: oto rozbitek Hank (Dano) znajduje na plaży niewielkiej wyspy zwłoki (Radcliffe), które dzięki mocy gazów pozwalają mu uciec na stały ląd. Jak się później okazuje, Manny (tak nazywają się nasze przyjacielskie zwłoki) ma więcej super mocy i staje się prawdziwym wielozadaniowym narzędziem – tytułowy szwajcarski scyzor… człowiek? Czytaj dalej

Zwykły wpis
filmy i seriale

SOFa #2: Sausage Party

Na ten niecodzienny film o parówkach czekałam od dawna. Jak tylko doczekałam się angielskiej premiery, wybrałam się do kina z nadzieją na przyjemną rozrywkę. Obawiałam się nudy, bo wiadomo, że trailery teraz wszystko zdradzają – jak bardzo się pomyliłam.

Nie do końca wiedziałam czego się spodziewać po Sausage Party. Fabuła prosta: rzeczy z supermarketu bardzo pragną być kupione, bo za drzwiami sklepu czeka ich raj z ludźmi-bogami, ale zderzają się z brutalną rzeczywistością bycia zjedzonym i zużytym. A jednak jest w tych istotkach pragnienie życia i łączenia się w pary na zawsze. Więc co teraz?

parowek

Obawiałam się głównie, że wszystkie dobre dowcipy tradycyjnie trafiły do trailera, i film mnie już niczym nie zaciekawi. Miło się zaskoczyłam, bo cały seans bawiłam się dobrze i nie czułam żadnych dłużyzn fabularnych. Miałam nawet momenty w stylu what the fudge?! tego to się nie spodziewałam. I to jest dla mnie oznaka dobrego filmu w jakiejś kategorii. Czytaj dalej

Zwykły wpis
filmy i seriale

SOFa #1: WarCraft

Nie umiem pisać długich filmowych recenzji, bo mam wrażenie, że trzeba zwracać uwagę na bardzo dużo rzeczy (taka pozostałość po studiach). Ale oglądam i czasami mam ochotę podzielić się wrażeniami lub nie zgodzić się z krążącymi opiniami. I tak powstałą SOFa – mały cykl „szybko o filmach”.

Internety to bardzo smutne miejsce, w którym żyją bardzo smutni ludzie. Wybierasz się na film i zanim jeszcze trafisz na salę kinową (w premierowy weekend) internety rzucają Ci w twarz ocenami 4/10 lub określeniami wysokobudżetowy gniot z Hollywood

SOFa #1
WarCraft: the Beginning

warcraft

Czytaj dalej

Zwykły wpis