Dżinn z imbryczka

Za każdym razem, gdy ktoś pocierał pękaty brzuszek imbryczka, Kali musiała wyłaniać się z niewygodnego mieszkania. Ale nie tak zwyczajnie, przecież dżinny nie używają nóg, nie wyskakują też nagle i niespodziewanie. Kali musiała używać niezwykle męczącego sposobu – kłębów kolorowego dymu i burzowych dźwięków, żeby udowodnić swoją potęgę.

Imbryczek był tandetny, pomalowany w małe różowe różyczki – jeden z tych produkowanych masowo, co stanowiło bardzo wstydliwy fakt w życiu Kali. Jak mogła być traktowana poważnie, skoro nie mieszkała w antycznej lampie, ani starym chińskim porcelanowym dzbanie, nie mieszkała nawet w niczym określającym jej wiek. Kali mieszkała w okropnym imbryczku, który dzięki magii nie chciał się rozbić.

Naczynie było więzieniem. Stało na wysokiej półce, na której już dawno zadomowił się gruby dywan kurzu. Półka ta znajdowała się w małym sklepiku ze starociami, do którego prawie nikt nie zaglądał, a nowa właścicielka nawet nie wiedziała, że w okropnym imbryczku siedzi mały smutny dżinn.

Kali czasami zerkała na sklepik przez szyjkę imbryczka, i na nową właścicielkę. Starowinka, do której wcześniej należał sklepik, wiedziała o małym dżinnie zamieszkującym imbryk, czasami wypuszczała go na zewnątrz – mogła cieszyć się czyimś towarzystwem, a nawet wieczorną rozmową. Kali pamięta ten dzień, kiedy staruszkę zabrali inni ludzie, sklepik zamknięto na wiele zamków i zapomniano o nim na długo. Właścicielka nie wróciła, wróciła jej wnuczka, która udawała, że sklepik ją w ogóle obchodzi.

***
Śmierć babci Penelopy napawała Oliwię smutkiem. Z ciężkim sercem odziedziczyła mały sklepik z rupieciami wciśnięty między starymi kamienicami. Długo omijała zaniedbany przybytek – obietnica wygrała ze smutkiem. Staruszka bardzo chciała, żeby Oliwia zaopiekowała się wszystkim, żeby „Grajdołek” nadal był otwierany, chociażby raz w tygodniu.

Mogła to zrobić. Powinna przeorganizować nieco swoje życie – to był dobry moment na posprzątanie go, tak samo jak na posprzątanie sklepiku. Ale od czego zacząć?

***
Wszystkie lampy, dzbany, słoje oraz nieszczęsny imbryczek, były obłożne magicznymi pieczęciami, które uniemożliwiały ich mieszkańcom wyłażenie z małych więzień. Dlatego Kali postarała się o przytulne wnętrze, chociaż wiedziała, że mieszka w czymś tak śmiesznym i nieodpowiednim jak imbryczek w różyczki. Na samo wspomnienie tego faktu robiło się jej smutno. Miała tam bujany fotel, który stał pod szyjką imbryczka, zaraz obok stoliczka służącego również za stopień do tego dziwnego okna na świat. Na podłodze obowiązkowo dywan, na środku okrągłego pomieszczenia dostojnie prezentował się bogato zdobiony parawan. Za parawanem, niedaleko dzbankowego uszka, stała szafa na ubrania, w której wisiało tysiące sari oraz kilka współczesnych sukienek. Szafa nie miała dna, jak wszystko była stworzona z magii. I jeszcze łóżko, bardzo zwyczajne łóżko z drewnianą ramą i kilkoma poduszkami w niebieskich kolorach.

Jedyną niedogodnością Kali była jej samotność w ciasnym imbryczku. I jeszcze to, że musiała czekać na jakiegoś człowieka, który może ją wypuści na kilka chwil. Potrze dłonią okropny brzuszek dzbanka, Kali zrobi magiczne puff w kłębach dymu i na koniec spełni głupie życzenie w nagrodę za wolność. Takie były zasady. Ale brzydkiego imbryczka nikt nie chciał dotykać ani tym bardziej pocierać.

I tak Kali była najsmutniejszym dżinnem na świecie. Nie mogła płakać z tego powodu w kącie, bo imbryczek zwyczajnie żadnego nie miał.

***
Kłębu kurzy latały w powietrzu, i nawet otwarte okna i drzwi sklepiku nie pozwalały się ich pozbyć. Oliwia załamywała ręce nad ilością rzeczy, które babcia Penelopa zgromadziła na zapleczu. Nie żeby frontowa sala była mniej zagracona. Przyjmowała wszystko, co ludzie jej znosili, czasami płaciła, ale głownie dostawała rzeczy za darmo. Całe szczęście wszystko notowała w zeszytach – wymiany i sprzedaż towaru za niewielkie kwoty.

„Pamiętaj, rzeczy mają duszę” – mawiała babcia. I może miała rację, ale tyle dusz w jednym miejscu musiało robić jakiś niezdrowy tłok. Jeśli Oliwia miała ponownie otworzyć sklepik, musiała sprawić, by wrażenia graciarni zniknęło, a to z kolei oznaczało przejrzenie wszystkich przedmiotów, i porównanie stanu z notatnikami babci. Zajmie jej to miesiąc albo dwa.

***
Nowa właścicielka sprzątała i pojawiała się często w sklepiku, ale Kali znudziło się oglądanie jak wrzuca rzeczy do wielkiego worka. Nudziła się straszliwie. Zdążyła już zmienić ubranie pięć razy tego dnia, starając się upiąć sari w jakiś fantazyjny sposób. A jednak zdecydowała się na urocze niebiesko-zielone, i owinęła je bardzo klasycznie wokół smukłego ciała. Dżinny nie miały za wiele do roboty w swoich domach-więzieniach. Po raz kolejny rozczesała włosy by zapleść je w ciasny warkocz, kiedy ziemia się zatrzęsła.

Kali usłyszała w głowie rozkaz, który natrętnie kazał jej wyjść z imbryczka. Nie postarała się o efekty, zła że musi wyjść taka nieprzygotowana. Wyskakując z naczynia zobaczyła tylko jak imbryk ląduje w worku na śmieci, a ona sama na tyłku nieopodal.

– Ałć! Mogłabyś uważać, kiedy wyciągasz kogoś z domu.

Kali nie zastanawiała się, że może przerazić nową właścicielkę. Przecież każdy wie, że dżinny mieszkają w zamykanych naczyniach, i kiedy się je pociera, to ktoś z niego wyskoczy.

***
Oliwia o mało nie wyskoczyła z siebie. Na podłodze siedziała drobna dziewczyna, ubrana w jakieś zdobione szaty, które tylko widuje się na filmach, zgarniała z twarzy swoje długie czarne włosy i zdecydowanie była niezadowolona. Musiała wejść niezauważona i oberwać tym paskudnym dzbankiem, który właśnie zrzuciła z półki.

– Przepraszam, nie zauważyłam jak wchodzisz.

Zeszła z drabiny, z której przed chwilą o mało nie spadła, by pomóc nieznajomej, ale ta już stała na nogach. Wygładziła suknię, poprawiła zmierzwione włosy, zatrzepotała czarnymi rzęsami i zgięła się w wytwornym ukłonie.

– Kali, dżinn piątej kategorii, do Twoich usług. Jakie masz dziś życzenie?

Oliwia zamrugała z niedowierzaniem, i wybuchła nerwowym śmiechem. Nastolatka się nią bawi. Pewnie jej koledzy czają się gdzieś za drzwiami lub pod oknem sklepu i skręcają się z powstrzymywanego śmiechu.

– Prawie ci uwierzyłam. Wracaj do swoich kumpli i nie baw się kosztem pracujących ludzi.

– Prawie ci wybaczyłam, że wyrwałaś mnie z domu podczas bardzo ważnych czynności, jakim jest zaplatanie warkocza. Miło byłoby, gdybyś jednak nim nie rzucała.

Dziwna dziewczyna schyliła się po dzbanek, który dopiero co Oliwia wrzuciła do worka. Zdmuchnęła z niego warstewkę kurzu, skrzywiła się z niesmakiem, zdaje się że szepnęła coś co brzmiało jak „paskudztwo”, po czym odstawiła go na ladę.

– Kim jesteś i co robisz w moim sklepie?

– Zacznijmy jeszcze raz. – odparła poważnie i nieco beznamiętnie dziewczynka. – Nazywam się Kali i jestem dżinnem piątej kategorii. Mieszkam w tym imbryczku już wiele lat, o czym doskonale wiedziała Staruszka. Jak zapewne wiesz, gdy potrzesz magiczny dom dżinna, ten wyskakuje z niego i spełnia życzenie. Pewnie spodziewałaś się kolorowego dymu i sztucznych ogni, ale nie miałam czasu, bo byłam zajęta i…

– Dżinn? Dżinny są w bajkach. Nie żartuj sobie ze mnie.

I chociaż Kali używała magii tylko by spełniać życzenia, jej kontrakt magiczny pozwalał na kilka prostych sztuczek, by udowodnić swoje istnienie. Pstryknęła palcami i rozbita szyba gablotki znów była cała i lśniła niczym nowa. Pstryknęła drugi raz, a książki na regale poukładały się w porządku alfabetycznym i wyglądały na mniej zakurzone, jedna nawet pozbyła się pleśni z nadgryzionej okładki.

Ludzie byli dziwni. Opisywali cudowne fantastyczne historie w książkach – Kali czasami się nudziła, a nawet często, więc czytała – i jednocześnie w nic nie wierzyli. Gorzej jak dzieci. Teraz z przyjemnością patrzyła na wachlarz emocji malujący się na twarzy nowej właścicielki. Taka drobnostka, a jednak Kali czuła się dumna, bo chociaż była tylko dżinnem piątej kategorii, to przecież wcale to nie umniejszało jej dżinnowatości. I chociaż wyglądała dość zwyczajnie, nie tak bardzo imponująco, to jej bransolety były kajdanami, i jak każdy inny dżinn podlegała magicznym prawom.

– Możemy spędzić cały dzień na przekonywaniu cię o moim istnieniu, ale wydajesz się być mądrą kobietą.

Kali nie czuła takiej więzi jak ze Staruszką, wiec nawet nie miała ochoty spędzać czasu z właścicielką.

– Szybko spełnię twoje życzenie i wskoczę znów do mojego paskudnego imbryczka. Gdybyś tylko mogła go nieco przetrzeć i odstawić w bezpieczne miejsce? Nie żeby miał się stłuc, ale jednak byłoby to miłe.

Oliwia otrząsnęła się z szoku. Nadal nie była pewna, czy to nie sen, ale spoglądając na nadal zagracony sklepik, i wspominając babcię Penelopę, wszystkiego mogła się spodziewać. No może nie dżinna zaklętego w starym imbryku, to było dość nietuzinkowe zdarzenie.

– Właściwie dlaczego mieszkasz w imbryku? – Oliwia doskonale pamiętała z dziecięcych bajek, że dżinny mieszkały w lampach, a nie w dzbankach.

– A dlaczego ty siedzisz w tym zagraconym sklepiku? – Jak na dżinna, Kali była dość niemiłym stworzeniem, dlatego wciąż była tylko piątą kategorią. – Przeznaczenia się nie wybiera, nawet ja nie spełniam takich życzeń.

Kali w zasadzie nie lubiła spełniać życzeń, nie lubiła być nawet dżinnem. A dokładniej, nie lubiła być uwięzionym w imbryczku dżinnem, który musiał spełniać życzenia. I nie istniało to romantyczne prawo, które pozwalało właścicielowi dżinna go uwolnić – to nie była bajka o Alladynie i jego bezimiennym spełniaczu życzeń. Jak już się było dżinnem, to do końca – można jedynie awansować za dobre sprawowanie. Kali w zasadzie się nie skarżyła, ale szczęśliwa też nie była.

– Nie musisz się na mnie złościć – odparła Oliwia wyraźnie zirytowana. – A dla twojej informacji, jestem w tym sklepiku, bo kochałam moją babcię i nie wyobrażam sobie sprzedania tego miejsca.

Mierzyły się wzrokiem, obie na skraju wściekłości. Ale na dnie oczu Kali majaczył smutek i cierpienie, które Oliwia potrafiła wyłowić, bo sama je odczuwała.

– Dlaczego twój imbryczek znalazł się w sklepiku babci Penelopy? I dlaczego jesteś taka smutna?

Kobieta wydała się Kali szczerze zaciekawiona. Przyglądała się dżinnowi zielonymi oczami, które błyszczały jak dwa klejnoty, zdradzały tajemnice jej duszy.

– Bo widzisz, nie łatwo jest być dżinnem piątej kategorii. To już prawie koniec łańcucha, za mną są już tylko te wyrzutki, które mieszkają w kartonowych pudełkach i nie spełniają życzeń. W zasadzie to niełatwo być dżinnem w ogóle, bo ludzie w nas nie wierzą. A jak jesteś uwięziona w czymś tak okropnym jak imbryczek, i nie robisz wrażenia potężnego dżinna, to nikt cię nie traktuje poważnie. Jeśli jesteś dżinnem piątej kategorii, to masz małe szanse na awans. Staruszka, twoja babcia, wierzyła we mnie. Wypuszczała mnie z mojego paskudnego wiezienia, i miała niewielkie życzenia. Prawie zawsze wolała „Pokaż mi moja kochaną wnuczkę. Co też ona robi? Czy się nie przemęcza?”

Kali posmutniała jeszcze bardziej, bo przypomniała sobie jak bardzo znów jest samotna. Kiedy nikt nie otwierał drzwi jej imbryczka, swoją rozpacz chowała za zobojętnieniem i złością. Złością na nową właścicielkę, bo nic nie wiedziała, nic nie rozumiała.

***
Oliwii zrobiło się ciepło na sercu. Wcale nie była tak samotna jak zawsze myślała – to wielkie miasto w którym żyła sprawiało, że czuła się obco. Ale już nie musiała być samotna.

– Nie musisz być smutna. Więc jeśli spełnisz moje życzenie, to wrócisz do tego dzbanka?

– Dokładnie tak jak mówisz.

Kali czekała, aż z ust kobiety padnie stara jak świat formułka „Chciałabym…”, ale nic takiego się nie stało. Oliwia uśmiechnęła się nieśmiało i podniosła z lady stary imbryk w różowe różyczki. Wzięła do ręki ściereczkę i przetarła zakurzoną porcelanę. Nucąc wyczyściła naczynie, nadała mu nowy połysk.

– I zawsze musisz być tam gdzie imbryk? – zapytała nagle kobieta.

– Oczywiście. Gdybym mogła być gdzie indziej, to na pewno bym w nim nie siedziała.

– Wspaniale.

***
Oliwia delikatnie umieściła dzbanek w płóciennej torbie, którą przewiesiła przez ramie. Otworzyła drzwi sklepu i wyszła na ulicę pełną słońca i zapachów lata. Zaskoczona Kali poczuła, że jej stopy się ruszają, zupełnie jakby nie miała nad mini władzy. A może nie miała.

– Myślę, że pora wracać nam do domu.

Kali ruszyła, najpierw nieśmiało, a potem całkiem dumnie, za nową właścicielką. Kobieta nadal nie powiedziała „Chciałabym…”

Reklamy