blog, inne, podsumowanie

Dzień dobry w 2019 roku

Tak, to jest kolejny wpis z podsumowaniem roku, ale ponieważ pojawia się w styczniu, to jednocześnie chcę podzielić się moimi planami na ten rok. Chodzi oczywiście o plany blogowe i okołoblogowe, bo przecież nikt nie chce czytać o moim wielkim plenerze posiłków.

BLOG

Kolejny raz próbowałam sprzątać bloga i go uatrakcyjniać, i unowocześniać i w efekcie nie zrobiłam nic znaczącego. No może wróciłam do pisania o książkach, ale to też zasługa faktu, że je po prostu w tym roku czytałam. I chociaż zrezygnowałam z bardziej osobistych wpisów, wcale nie oznacza to, że nie pojawią się one w tym roku.

Chciałaby, pisać więcej i mądrzej. Plan jest, żeby wrzucać teksty aż dwa razy w tygodniu – miałam taki miesiąc czy dwa, kiedy mi się to udawało, więc jest szansa i nadzieja. Czy będzie mądrze? mam nadzieję. Zostało mi kilka niewykorzystanych pomysłów z listopada i grudnia, więc powinnam mieć czym zapełnić kilka dat. Pozostaje mi tylko wyszarpać nieco więcej czasu na czytanie i pisanie i robienie tych wszystkich innych rzeczy, które przy blogowaniu są mi niezbędne.

Więc będzie pewnie dużo o książkach, bo i chciałabym robić „recenzje” większości rzeczy, które czytam. Może uda mi się czasami wrzucać jakieś ciekawe zestawienia, albo wpisy zainspirowane listami, tak jak ten o początkach z fantastyką. I pewnie kolejna dawka grzechów czytelniczych też się pojawi, bo to zawsze fajne miejsce do narzekania o tym, czego nie czytam.

Czytaj dalej

Reklamy
Zwykły wpis
ebooki i czytniki, książki, podsumowanie

Wielkie podsumowanie czytelnicze

Nastał ten czas, kiedy na blogach pojawiają się wszelkiego rodzaju podsumowania. Mnie też dopadła ta przypadłość i postanowiłam wylać z siebie potok słów i opowiedzieć nieco, jak wyglądał mój czytelniczy rok. A był nawet dość aktywny, co mnie niezwykle cieszy. Ale i tak mam kilka grzechów do wyznania, więc czemu nie podzielić się tym tutaj? Znów.

Muszę się przyznać do maniakalnego kupowania ebooków w tym roku. I nie tylko ebooków, ale jednak fizyczne książki były, i są, w mniejszości z powodu zwyczajnego braku miejsca. I nie jestem w stanie teraz policzyć, co też doszło do mojego katalogu (tak, mam spis książek, bo już sama zaczęłam się gubić), ale wiem, że jest tego zdecydowanie więcej niż przeczytałam. Z takich pewniaków, kupiłam fizycznie kilka części cyklu inkwizytorskiego Piekary, żeby uzupełnić kolekcję, i jeszcze Mgły Avalonu, bo takie piękne i największe.

Czytaj dalej

Zwykły wpis
dramy azjatyckie

Dramaland – wiosna ’18

W UK wiosna jakoś nie potrafiła się rozbudzić. Za oknem było głownie szaro, kwiecień do tego deszczowy – niby pogoda w sam raz na oglądanie z kocykiem, ale ja byłam głównie senna. Nawet zaczęłam ten kwiecień z energią na oglądanie, ale w maju już się wszystko posypało. Próbowałam odhaczać moje wyzwania i to chyba na tyle. Jakoś nie miałam też szczęścia do wybieranych dram. A od połowy maja prawie nie oglądałam dram. Dodatkowo czerwiec dorzucił mi tyyyle spraw na moją jedną głowę, że zwyczajnie brakło czasu na wszystko co bym chciała. Dlatego tym razem skromnie i jakoś tak monotematycznie.

Czytaj dalej

Zwykły wpis
podsumowanie

Miesiąc z życia – Kwiecień 2018

When the Shitstorm came to my life and brougth some siblings… Czyli miesiąc bez sensu z duża dawką emocji.

Miałam też garść pozytywów, ale ogólnie było słabo. Zaczynając od pogody, bo padało przez 3/4 kwietnia. Szaro, ponuro i mokro. Dostaliśmy tydzień słońca. TYDZIEŃ. I nadal muszę dogrzewać dom, bo np. pranie inaczej nie wyschnie. I miej tu pozytywne nastawienie do życia, tryskaj humorem i energią. Poza tym, byłam przekonana, że 30 kwietnia będzie w czwartek i mam jeszcze prawie tydzień tego miesiąca… Zaginam czas.

Udawałam, że pisze Camp NaNoWriMo. Skończyłam w nim jeden tekst, ale potem się okazało, że jest on bardzo zły, i w zasadzie nie nadaje się do pokazywania. A potem się okazało, że podchodzę do tego zbyt emocjonalnie – jak do większości rzeczy w moim życiu (natury nie zmienisz) – i zamiast pisać kolejne, lepsze teksty, to marnuję energię i czas na opłakiwanie Wena i moich zdolności pisania. Well… coś w tym jest, bywa. Czasami trzeba swój głupi problem uzewnętrznić wypłakać, żeby spojrzeć z boku, i żeby było lepiej. Tak?

Na blogu też raczej zastój, bo ledwo 3 teksty, ale nadal twierdzę, że to wina miesiąca.

Przeczytałam Pana Ciemnego Lasu. Wprawdzie wolniej niż zakładałam, bo chciałam bardzo w kwietniu upchnąć jeszcze jedną książkę, żeby zbliżyć się do tych 24. Ale próbuję się przygotować do egzaminu z prawa jazdy, więc kradnę wolny czas wszędzie gdzie się da. Czytam więc Nowy wspaniały świat i oczekuję na dostawę Roku 1984 – a jak dam radę, to na koniec tego cyklu upchnę jeszcze Mechaniczną pomarańczę, z nadzieją, że zrozumiem.

Poszłam do kina na Avengers: Infinity War – było warto. A prócz tego obejrzałam Anihilation od Netflix i to było… dziwne. Oglądałam też dużo innych rzeczy, ale akurat te dwa zasługują na wzmiankę.

Cały kwiecień to taki niewypał, o którym chce szybko zapomnieć. Maj za to ma być miesiącem wychodzenia na prostą. Wprowadzam też w życie kolejny etap leczenia kręgosłupa: zrzucam zbędne kilogramy i wzmacniam odpowiednie mięśnie (ćwiczenie na poprzeczny brzucha od pani fizjoterapeutki jest dziwne…).


ps. Dziś obrazek wyróżniający zrobiony moim ziemniakiem s7, kiedy wiosna się budziła w Anglii.

Zwykły wpis
dramy azjatyckie

Dramaland – zima ’18

Wydawało mi się, że to będą bardzo udane 3 miesiące z dramami, tymczasem już na początku marca dopadło mnie jakieś zmęczenie materiału. Nadal udało mi się wykonać sporą część wyzwań, ale to chyba był problem – czułam, że muszę.

Ściganie się z wyzwaniami zaczęło zabijać moją radość z oglądania, więc uznałam, że czas na przerwę. Mimo to, zliczyłam wszystkie miesięczne wyzwania (nazywane wyzwaniem 2) od grupy fan(atycz)ek – opisy opatrzone stosownym tagiem. Z kolei wyzwanie 1 ma status 3/12 i zaczęłam punkt z rewatchem dram, więc też nie najgorzej. Mój prywatny #DramaJar niestety nie cały, ale nie chciałam się zmuszać do niczego, bo to nie jest wyścig (też umieściłam stosowny tag). Dlatego też na kolejny kwartał losuję jedynie 3 tytuły, żeby nie czuć tej wielkiej presji.

Bez większego marudzenie, to co Iwona obejrzała w pierwszym kwartale 2018.


Three Color Fantasy

Seria web-dram, w skład której wchodzą: Star of the Universe, Vivid Romance oraz Queen of the Ring. O tej dziwnie magicznej trylogii pisałam już na blogu, więc nie ma sensu robić tego ponownie. Dodam, że to było miłe rozpoczęcie roku, a Star of the Universe oglądałam w ramach mojego wyzwania #DramaJar.

#DramaJar


I’m not a Robot

Szczerze, to jakoś nie czułam potrzeby oglądania tej dramy, ale namówili mnie ludzie z internetów. I chyba dobrze. Bo to była całkiem fajna drama, ze zrównoważonymi watkami, z całkiem ciekawą fabuła i z równymi odcinkami. I romans, który nie poszedł w żadną dziwna stronę: ani zbyt słodki, ani zbyt dramatyczny. Chyba Korea się uczy ostatnio w scenariusze. I nie, nie poszłam tam za Yoo Seung Ho a za Chae Soo Bin, która podobała mi się w Strongest Deliveryman.

To była całkiem sympatyczna komedia romantyczna, które ostatnio jakoś nie dają się wyłowić z tłumu. Chociaż konflikt korporacyjny był jakiś taki wymuszony i stworzony na siłę, a czarny charakter bez wyrazu. W sumie to ja nie wiem co go motywowało do działania, i jak to się stało, że wiedział o super tajnym projekcie jakim była AG3… Pomijam fakt, że jak cię ściga Interpol, to chyba tak łatwo się gdziekolwiek za granicę nie dostaniesz. Na plus za to drugi plan, bo postacie jakieś takie nie najgorsze i całkiem spójne charakterologicznie.


Moon Embracing the Sun

Przyznam się, że mam mieszane uczucia. Ja i dramy historyczne jakoś nie mamy po drodze, bo i tak sama nie wiem zazwyczaj co oglądać. Yeo Jin Goo w roli nastoletniego króla/księcia wypada dla mnie o niebo lepiej od dorosłej wersji, którą grał Kim Soo Hyun. I to własnie gdzieś w połowie dramy, gdy już zamienili się miejscami, dopadł mnie kryzys oglądania, bo zwyczajnie nie mogłam patrzeć na główkę Kim Soo Hyuna – no nie pasował mi do roli. Nie, zwyczajnie mówię nie. Dobrze, że łazili za nim Song Jae Rim w roli samurajskiego ochroniarza Woona (ta fryzura!) oraz najlepszy eunuch świata. Mam wrażenie, że te nastoletnie męskie wersje były lepiej dobrane.

Sama fabuła całkiem zgrabnie uszyta, i ponoć to dobre zakończenie odbiega od standardów dram historycznych. No, powiedzmy, że dobre, bo zależy dla kogo. Niektóre motywy się fajnie zazębiały a wątek księżniczki Min Hwa to dla mnie w ogóle wisienka na torcie.

Jeszcze nie wiem, czy się bardziej przekonam do historyków, ale jest szansa, bo połowa dramy była świetna, a druga połowa, cóż… prawie dobra.

#DramaJar #HistorycznyStyczeń


Part-time Idol

Szukałam czegoś szybkiego i niezobowiązującego, a takie są zazwyczaj web-dramy. I liczyłam, że posłucham sobie cudnego głosu Lee Soo Hyun i się nieco zawiodłam. Konstrukcja dramy prosta jak cep, i mimo jakiejś fabuły, wszystko raczej przewidywalne i za szybko się działo. Producent rozwiązywał problemy swoich przyszłych idoli w temp;ie ekspresowym, a w pól dnia się raczej strachu przed sceną nie przełamie. Liczyłam na więcej muzyki, a mniej absurdu. A przecież jest i Hwang Seung Eon, która dopiero co tak fajnie zagrała w I’m not a Robot… Trochę zmarnowany temat i tak na dobra sprawę nie mam co o tej dramie powiedzieć.

#MuzycznyLuty


Surplus Princess

To była typowa komedia, z głupimi gagami i nawiązaniami do innych dzieł popkultury – jak choćby wyłaniająca się szefowa/kierowniczka z zza ściany z czołówką Attack on Titan w tle. Bardzo fajnie oglądało mi się Jo Bo Ah w jakieś mniej wrednej roli. W ogóle to była rola przepełniona aktorami, których już gdzieś w tym roku widziałam: Song Jae Rim (Moon Embracing the Sun), Kim Seul Gi (Queen of the Ring), Kim Min Kyo (Part-time Idol) , i innych znanych twarzy.

Drama to taki prześmiewczy retelling Małej Syrenki, w którym (uwaga spoiler) nasza bohaterka zamienia się w morską pianę. Taki nieco tandetny umilacz czasu, w którym wszystko jest do przewidzenia – okej, rodzeństwa Syrenki to ja nie przewidziałam, ani cudowności złej wiedźmy, ale cóż. Wybitne to dzieło nie jest, ale można się przy nim pośmiać, np. wtedy, gdy Syrenka macha stópkami jak ogonem.

#DramaJar


Page turner

Będę nie obiektywna i powiem, że Ji Soo był cudny w tej dramie specjalnej. To jest ten Ji Soo, którego ja polubiłam, i nikt mi go nie będzie zrzucać z klifu. I zdaje się, to to jest pierwszy special dramowy, jaki obejrzałam. Tylko 3 odcinki, bez zbędnego gadania, za to z cudną historią. Uważam, że aktorzy wypadli tu świetnie, Kim So Hyun była dośc wiarygodna jako niewidoma dziewczyna pełna złości. A optymizm postaci Ji Soo świetnie to równoważył. I jak to dobrze, że nie było jakiegoś chamskiego i nachalnego wątku romantycznego. Chciałabym więcej takich dram. No i też świetny temat, bo to taki załamanie się świata w młodych osobach – jak sobie poradzić z kryzysem w życiu. Fakt, że nieco bajkowe rozwiązanie, ale ej, to jest bardzo dobra drama. Bardzo.

#MłodzieńczyMarzec


A Korean Odyssey

Cóż, tvN znów dał kawał solidnej dramy. Powrót Lee Seung Gi na mały ekran niezwykle udany. Sukcesem tutaj była obsada, zresztą, kiedy tworzysz fanklub szminek Sekretarki Ma, to wiesz, że ktoś tu zrobił coś dobrze. Cóż, wariacja na temat „Podróży na zachód” nie mogła się nie udać (ok, mogła, ale to jednak solidna podstawa na scenariusz).

Ja bardzo lubię supernaturalne historie w wykonaniu Koreańczyków, bo wiem, że takie się na zachodzie raczej nie sprawdzą. Więc tutaj też nie mam za dużo do zarzucenia, bo Małpi Król, bo dziewczyna zombie, bo Lee Hong Ki jako najlepsza świnka na świecie, no i Król Byk i jego syn. Interakcje między bohaterami wygrały tutaj wszystko, i to jak dobrano aktorów do ich ról – co już mówiłam. I chociaż zakończenie nie miało tego walnięcia, a Wielki Czarny Smok przypominał mi smoka z Wiedźmina, to cała drama wypadła rewelacyjnie i na pewno będzie jedną z tych, do polecania innym. Bo A Korean Odyssey naprawdę warto obejrzeć. Jak na razie najlepszy tytuł 2018 – jest w czołówce.


Kącik filmowy:

Our Heaven / Rockin’ on Heavens Door

Nawet nie przeczytałam opisu przed seansem. Skoro dodałam go do mojej listy, to musiał mnie jakoś zaciekawić. No i się zupełnie nie spodziewałam! Bo film okazał się być nieco refleksyjnym, nieco wzruszającym, o słodko-gorzkim zakończeniu.

Nie oglądam wielu koreańskich filmów, dlatego to była dla mnie pewna odmiana. Kolejny raz mogłam też się przekonać, że Lee Hong Ki jest dobrym aktorem, tylko nie wiem czemu, ciągle gra gdzieś muzyka/piosenkarza/idola. To akurat trochę smutne.

Była to klasyczna opowieść o zmianie wewnętrznej bohatera – nic nowego, a jednak wzruszyło. Dzieci i młodzi ludzie, którzy mieszkają w hospicjum i czekają na swój ostatni dzień… nie można się nie zasmucić. Chociaż nie sądzę, że sama bym szybko sięgnęła po film, gdyby nie fakt, że wylosowałam go w wyzwaniu słoiczkowym. Dobry film, żeby obejrzeć, niekoniecznie się zachwycić.

#MuzycznyLuty #DramaJar

Zwykły wpis
podsumowanie

Miesiąc z życia – Marzec 2018

Kolejny dziwny i szalony miesiąc za mną, i sama nie wiem, jak ja go przetrwałam. Czas zatem na małe podsumowanie i refleksję nad intensywnością marca.

Działo się dużo: było pozytywnie, było stresująco, było męcząco i było ekscytująco. Ale po styczniu i lutym, to był zdecydowanie dobry miesiąc. Oczywiście nie obyło się bez opadów śniegu w połowie miesiąca, no ale w Polsce też jeszcze nie ma wiosny, więc nie mogę zwalić winy na Anglię.

To był bardzo dobry miesiąc dla bloga, i o dziwo, było to kilka wpisów książkowych. Dodatkowo udało mi się napisać całkiem zgrabny tekst dla Kreatywy, oczywiście o cudowności koreańskich dram. Jak łatwo się domyśleć, mało popularny. Ale za to moja odpowiedz na artykuł Oli z Nowej Fantastyki chyba się spodobała. Niestety mój angielski blog przeżywa kryzys istnienia – #smuteczek.

Oczywiście pisarsko to znów był nieistniejący miesiąc. Nawet nie wspomnę, który raz z kolei planuję poprawić Fortunteller! I boję się zwyczajnie, że jak już zacznę w nim dłubać, to wyjdzie mi coś innego… Patrz efekt „poprawiania” Śmierci Alfonsa podczas NaNoWriMo 2017. Ale cieszmy się, bo spontanicznie idę brać udział w CampNaNoWriMo April 2018 – jupi! A w ramach akcji poprawiam to, co próbuję poprawić od grudnia, i dodatkowo chcę się zmierzyć z moim pomysłem na niemagiczną bohaterkę w tekście Niemagiczna (lub też nieMagiczna). Mój plan to 7,5 tys. słów, bo i redaguję i poprawiam i piszę, więc nie wiedziałam jak to określić tym razem.

W marcu spędziłam sporo czasu na spisywaniu moich ebooków i książek (głównie ebooków) i nawet ułożyłam sobie jakieś plany czytelnicze. Skończyłam też 2 książki, więc jestem tylko 3 pozycje w plecy z moim wyzwaniem na 2018. Całkiem nieźle – i to już jest 2 razy tyle, co przeczytałam rok temu (nie żeby te moje półtorej książki było czymś, czym wypadałoby się chwalić). No i czytam teraz Pana Ciemnego Lasu – to już CZWARTA książka w tym roku, czuję się taka dumna… No i po 2 latach znów zaczynam czuć się nieco mądra, a nie tylko taki robol z magazynu (cóż, życie).

Za to kupiłam kilka ebooków. Zdecydowałam się na pakiet od BookRage Germańskie kryminały i upolowałam w promocji pozycję Pięć razy o przekładzie. I dotarły do nas z Polski kupione już wcześniej trzy tomy dzieł Ursuli K. Le Guin: Ziemiomorze, Sześć światów Hain oraz Rybak znad Morza Wewnętrznego, a także tom 2 Bram światłości Mai Lidii Kossakowskiej. To tak gdybym miała za mało do czytania…

Moje życiowe cele miesiąca to… może pominę ten drobiazg, ale jestem w stanie wyliczyć trochę pozytywów. Odebrałam moje tymczasowe prawo jazdy, ale oczywiście nadal nie zmusiłam się do nauki czy chociażby zapisania na egzamin teoretyczny. Zaliczyłam 3 sesje akupunktury, jem też „magiczne ziółka”, ale nie wiem jak bardzo mi pomaga, bo mój stan bólu i odrętwienia zmienia się z dnia na dzień (w obie strony). W końcu dostałam się też na fizjoterapię, ale chyba robię coś źle, bo znów zaczynam być sztywna i mało ruchliwa (to pewnie też wina pracy fizycznej). Cały miesiąc planowałam obiady, i trzymałam się planu w 85% – nie udało mi się zrzucić nawet kilograma, ale zamówiliśmy jedzenie z dowozem tylko raz (brawo oszczędzanie!), a na mieście jedliśmy 2 razy (Mąż ukochaną pizzę, ja z kolei makaron z krewetkami i sałatka ze stekiem). Zdecydowanie nadal jestem za planowaniem obiadów, bo i mniej jedzenia wyrzuciłam (kolejna oszczędność!) i mamy różnorodne posiłki od miesiąca. Kolejny krok to lżejsze lunche do pracy – jakiś rok, dwa lata temu jadłam bardzo dużo sałatek, teraz to głównie kanapki i makarony.

Cóż, aura i samopoczucie (np. nie dostałam pracy w mojej pracy, co mnie „lekko” zdenerwowało) jakoś mi nie sprzyjały twórczo. A jednak miałam 4 teksty na blogu mimo ciągłego stresu i zmęczenia. Sporo czytałam, dużo gotowałam i w efekcie czułam się zmęczona. Teraz próbuję wyssać z deszczu nieco pozytywności i pchnąć się do twórczego działania, żeby w kwietniu było o czym opowiadać.

Zwykły wpis
podsumowanie

Miesiąc z życia – Luty 2018

Luty nie był dobrym miesiącem – wymęczył mnie psychicznie. A ja myślałam, że po paskudnym styczniu nie spotka mnie już nic gorszego. Nie miałam energii na działanie, i aż dziw, że w ogóle coś na blogu się pojawiło.

Efektem tego wszystkiego jest bardzo krótki wpis, bo zwyczajnie nie mam o czym opowiadać. Plan blogowy wykonałam ledwo co, w drugiej połowie miesiąca – tylko dwa teksty (nie wliczam w to podsumowania stycznia). Winę zwalam na przeziębienie, które mnie dopadło i nawracające mrozy w moim małym Mieście Fabryk i Magazynów. Na angielskim blogu wcale nie lepiej, bo jedynie krótka opowieść o opowieści. A zakładałam, że będę miała o czym opowiadać.

Jedyny plus, to jakiś większy plan blogowy na marzec i gotowe 2 szkice.

Z poprawiania moich opowiadań też nic nie wyszło – na tym polu od wymęczonego NaNoWriMo nic się nie dzieję. Nadal nie umiem wypracować  nawyku pisania chociaż 200 słów dziennie. Może wraz z nastaniem wiosny?

Udało mi się przeczytać Winter. Zresztą na blogu jest już krótki tekst o tym doświadczeniu. Kończę też Stars Above, czyli opowiadania do cyklu, więc jestem w moim wyzwaniu książkowym tylko 2 pozycje w plecy. Mogło być gorzej. Wybrałam sobie lektury na marzec: Cesarz Ośmiu Wysp oraz Pani Ciemnego Lasu. Mam też bardzo dobrą książkową wiadomość. Cała moja Le Guin jest już w Polsce – już się tym chwaliłam – i w tym miesiącu powinnam zaplanować jej podróż do Anglii w moje radośnie oczekujące łapki!

Za to moje dramowe wyzwania mają się całkiem nieźle – jak zawsze. Mój prywatny #DramaJar zimowy jest na etapie 4/5 – do pełnego planu została mi jedna chińska drama i bonusowe Save Me wylosowane jeszcze w 2017 roku. Z kolei #MuzycznyLuty został zaliczony aż 2 tytułami – jedna mini-drama i jeden film. Zaczęłam też rewatch Boys Over Flowers w ramach innego wyzwania, w którym mam zaliczone 3 punkty z 12.

Moje życiowe cele miesiąca się jakoś pogubiły, więc będę próbowała realizować je ze zdwojoną siłą w marcu. Iwona, hwaiting!

KONIEC

Zwykły wpis
podsumowanie

Miesiąc z życia – Styczeń 2018

Najpierw miałam tylko podsumowywać moje dziwne wyzwania około-kulturowe. Potem uznałam, że mam też inne cele w życiu niż oglądanie dram. Czasami mam też się czym pochwalić, więc czemu nie całemu światu?

W moim BuJo wyznaczam sobie cele, jakie mam osiągnąć w każdym miesiącu. No dobrze, bardziej spróbować osiągnąć. Dotyczą one różnych sfer mojego życia i mają mnie tak jakby motywować… Bo mogę sobie potem je odfajkować. Wymyśliłam to na początku roku i mam zamiar trzymać się tego uroczego postanowienia. (Bo po co mieć noworoczne postanowienia, jak można co chwila mieć nowomiesięczne postanowienia?)

Życiowo w sumie udało mi się ogarnąć moje cele w 90%. Bo w końcu pozmieniałam nazwisko w urzędach (został mi jeden) i wykonałam zaplanowany pierwszy krok w drodze do posiadania prawa jazdy. Tak, mam prawie 32 lata i nie jestem mobilna, bo na rowerze też nie jeżdżę…

Dzięki temu, że nieco bardziej popsułam sobie plecy i mój już nie tak zdrowy nerw kulszowy, wróciłam do w miarę regularnych ćwiczeń. I jeszcze mocniej obiecałam sobie zrzucenie 10 kilogramów (tych 5, które odzyskałam po ślubie i tych 5, które miałam jeszcze po ślubie się pozbyć). Co się wiąże, z porzuceniem kilku złych nawyków żywieniowych, które wracają do mnie jak bumerang, gdy dopada mnie zmęczenie życiem i szarością.

Jako pisarz z kolei poległam. Jedyne co zrobiłam, to wydrukowanie styczniowego tekstu do poprawy, i to na koniec miesiąca. A przy okazji zacięłam w drukarce 15 kartek papieru jednocześnie (!) i myślałam, że będę musiała ja rozwalić. Mąż był dumny, że sama znalazłam pomoc w internetach. Więc Fortuneteller przesunął się na luty i ma tam trochę ciasno z kolejnym tekstem, ale to akurat moja wina i moje lenistwo.

Z drugiej strony, postawiłam sobie nowego bloga, tego angielskiego. I wykonałam plan tekstowy na tegoż. Więc COŚ pisałam, ale nie to co powinnam (chyba).

Nie skończyłam czytać Winter Marissy Meyer, a obiecałam sobie, że to zrobię. Ale opowieść o tym, dlaczego idzie mi tak opornie to materiał na zupełnie inny tekst. Co oznacza w tym momencie, że jestem 2 książki w plecy w moim wyzwaniu – całkiem przewidywalne.

Kupiłam za to, po latach ślinienia się, cegły Ursuli K. Le Guin od Prószyńskiego (Ziemiomorze już jest, czekam na Sześć Światów Hain i Rybak znad Morza Wewnętrznego). No dobrze, teściowie mi kupili w Polsce – teraz muszę znaleźć tanią metodę na przewiezienie tych kilogramów do UK. No i niestety zbiegło się to ze śmiercią autorki (tak na marginesie, to te cegły zaczęły wręcz znikać po tej smutnej informacji, i już nie były nigdzie dostępne w polskich księgarniach na Wyspach).

Za to z moimi wyzwaniami dramowymi mam się dobrze. Mój #DramaJar na zimę ma postęp 2/5. Miesięczne wyzwanie, czyli #HistorycznyStyczeń, zaliczyłam, a w kolejnym wyzwaniu mam postęp 2/12. O czym pewnie więcej opowiem w kwartalniku dramowym, bo i będzie okazja do omówienia tytułów.

Cele na kolejny miesiąc mam już gotowe, znów jest dużo i chyba intensywnie, a luty krótki. Bo chcę, żeby to był pozytywny i intensywny rok.

ps. Dla tych wpisów pojawiła się nowa kategoria, ale chyba mam ich za dużo, więc szykują się jakieś porządki.
ps2. Jednak się nie pojawi, bo „podsumowania” pomieszczą i moje miesięczne rozliczenia celi.

Zwykły wpis
podsumowanie

Nowe plany na nowy rok

W tym miejscu miał się pojawić Kwartalnik popkultura, potem miało być duże podsumowanie dram roku. W efekcie jest wpis o tym co było, i o tym co będzie, ale głownie o tym co chcę zmienić i kilka małych statystyk.

Dlaczego nie ma 2 części kwartalnika? Cóż, nagle uznałam, że to bez sensu, bo zmuszam się do zapisywania tego, co ja oglądam z Mężem i szukania dla tego potem ciekawej formy opisu. I wcale nie czerpię z tego przyjemności. I chociaż planowałam ostatni wpis z tego cyklu na koniec roku, to zwyczajnie brakło mi serca. Dlatego znajdzie się tu kilka słów w podsumowania.

Film i serial

Tak bardzo ekspresowo, bo chyba nie mam co się rozwlekać. Idąc śladami moich byłych kwartalników, naliczyłam ponad 30 filmów i ponad 20 seriali (niektóre z nich po kilka sezonów). Wychodzi mi średnia 2,5 filmu na miesiąc oraz 2 seriale – to jest sporo, biorąc pod uwagę pracę, życie domowe i moją miłość do dram. Powinnam mieć jakiś wirtualny notatnik do seriali – ktoś coś podpowie?

Czytanie i pisanie

W tym roku przeczytałam 1,5 książki, bo oglądam tyle, że nie było kiedy. Dlatego mam mocne postanowienie przeczytać przynajmniej 12 pozycji w roku 2018 (ale na goodreads dzielnie ustawiłam cel na 24, żeby się motywować bardziej). Jedna książka na miesiąc to nie jest wysoka poprzeczka. Mało czytam i widzę, jak mój język ubożeje, jak moje pisanie staje się jałowe i wymuszam z siebie każde słowo.

Mimo tego, że wzięłam udział w NaNoWriMo (moje podsumowanie jest tutaj) i planuję poprawiać te wszystkie historie, które stworzyłam, to nie był to rok owocny. Chcę to zmienić. I chcę do mojego pisarskiego planowania wykorzystać Bullet Journal (o czym już pisałam tu).

Jeśli mój plan się powiedzie, to na blogu będzie lądować więcej treści o pisaniu i tworzeniu. Kilka moich tekstów pewnie też. A jak już opowiadam, co nowego na blogu, to chcę też pisać o mojej śmiesznej emigracji do Anglii, która trwa już prawie pięć lat. O tym jakie mam przygody w Mieście Fabryk i Magazynów, i jakie osoby spotykam na mojej drodze. Robiłam już coś takiego przy okazji mojej ebookowej frustracji i w grudniu podczas świątecznej gorączki.

Dramaland

Wspominałam już w kwartalniku o moim nowym systemie Drama Jar (chociaż słoik był bardzo ciekawa alternatywą). Sam kwartalnik można znaleźć pod kategorią k-dramy, a poszczególne sezony są tutaj: ZIMA, WIOSNA, LATO, JESIEŃ. Moje obejrzane dramy w 2017 roku są na podstronie bloga oraz na liście MDL. Tak, zapisuję wszystko w różnych miejscach. Przy okazji wywalenia 2 części kwartalnika, zastanawiam się nad lekką zmianą nazwy przy dramach. I zrobiłam sobie obrazkowy nagłówek do cyklu.

Mam wrażenie, że w tym roku miłością do dram zaraziło się kilka blogerek, w tym Gosiarella, która wrzuca swoje cudne paczki tytułów na bloga (tutaj ostatnia część cyklu). I dzięki temu dołączyłam do tajnej grupy dramomaniaczek na fb, gdzie dziewczyny postanowiły zrobić nam wyzwanie na 2018 rok, a nawet dwa wyzwania. Obie listy wrzuciłam sobie w panel boczny, żeby nie zapomnieć.

W 2018

W nowy rok ruszyłam z kacem gigantem (chyba robię się za stara na te szalone sylwestrowe imprezy) oraz mocnym postanowieniem poprawy.

Zwykły wpis
ja tu piszę

NaNoWriMo 2017 – podsumowanie

Ten tekst miał się pojawić 1 grudnia, ale mu nie wyszło. Mimo wszystko, to ten czas, by wyspowiadać się z grzechów NaNoWriMo.

Moje NaNoWriMo skończyłam na 12407 słowach, czyli niestety połowie tego, co zaplanowałam – bo przecież od początku mówiłam, że 50k to dla mnie nierealny wynik. Mam wrażenie, że listopad jest dla mnie miesiącem przeklętym i nic co zaplanuję w nim się nie udaje. Tym razem, moją przeszkadzajką była grypa i potem ciągnące się skutki niedoleczenia tejże.

Wstyd mi się przyznawać, ile dziennie pisałam, ale od połowy miesiąca to już było tylko walczenie o odznakę 30 dni. Moje słupki wyglądają, jakby się wcale nie ruszały w górę – po części to wina choroby, a po części mojego lenistwa i bycia ziemniakiem.

Jednak podsumować trzeba. W sumie podczas NaNo 2017 pisałam 6 tekstów, z czego skończyłam jeden krótki – o czym pisałam w 1/3 miesiąca.

Moim największym projektem miała być nowa wersja Śmierci Alfonsa, w której strasznie namieszałam, i dwa razy zmieniałam kierunek tekstu. Po czym uznałam, że odrzuciłam najlepsze fragmenty z pierwszej wersji, i teraz to nijak się nie trzyma kupy i jest zwyczajnie nudne i bez wyrazu. I wtedy zupełnie straciłam serce do opowiadania, które teraz będę sklejała z obu wersji i dopisywała brakujące fragmenty.

Całkiem nieźle wyglądają Dzieci Cienie, a przynajmniej ten fragment, który udało mi się napisać. Ma nieco ponad 1100 słów i jest poukładany – wiem, gdzie z tym zmierzam i bardzo nie chcę go popsuć, więc opowiadanie czeka na swój moment.

Tytułowa Niemagiczna zupełnie nie wyszła. Sam pomysł jest świetny, ale bohaterka nie umie się odnaleźć w żadnej rzeczywistości, więc musi jeszcze swoje odleżeć w mojej głowie. Przyznam się, że liczyłam tutaj na jakiś epicko-dramatyczny efekt, ale nie wyszło. Ingrid odmawiała współpracy i wepchnęła się na siłę do tekstu z trupem alfonsa, i mam dylemat: zostawić ją czy jednak wyciąć?

Napisałam za to około 4 tys. słów tekstu bez tytułu, w którym łączę różne motywy i postacie z mojej pisarskiej przeszłości. Osią tekstu jest bohaterka – Leila – która jest zaklinaczką. W tej opowieści, pisanej z pierwszej osoby, wyodrębniła mi się mała historia nazwana Zaklinaczka i Książę, która prawdopodobnie zostanie oddzielnym tekstem. Ma to też ciekawy potencjał na serię krótkich tekstów osadzonych w różnych światach i realiach, bo bohaterka daje mi takie możliwości. Bardzo staram się nie zrobić z niej Mary Sue.

Próbowałam też pisać dziwny romans fantasy, prawie jak jakiś harlequin, ale to akurat powinnam pominąć milczeniem.

I tak, napisałam niewiele – nadal jednak więcej niż zawsze i pobiłam mój NaNoRekord o 2 tys. słów. I wcale nie był to zmarnowany czas dla mnie. Udowodniłam sobie samej, że nadal mam w sobie ciekawe historie do opowiedzenia, tylko muszę być mniej leniwa. Mam mocne postanowienie pisania – tak mocne, że Mąż sprawił mi nową klawiaturę do pisania, żeby było mi wygodniej (na razie uczę się z niej korzystać nie waląc z przyzwyczajenia w klawisze). Przekonałam się, że chcę kopić Scrivenera, bo pisze się w nim zdecydowanie wygodniej, chociaż jeszcze nie odkryłam wszystkich jego możliwości.

Przypuszczam, że w grudniu za wiele nie podziałam, bo mam sporo zaległych tłumaczeń dram do zrobienia – a i tak udawało mi się je robić jako tako w listopadzie. Za to plan na styczeń obejmuje napisanie Śmierci Alfonsa i dopieszczenie skończonego Fortuneteller. Dalej w przyszłość wolę nie wybiegać.

Zwykły wpis